sobota, 15 marca 2014

4. Sensy moralności.

-Sto pięćdziesiąt osób wystarczy?- wymruczała mu do ucha.
(Tak... Wymruczała, cały zespół usłyszał każde słówko.)
Nie odpowiedział.
Znowu kurde myślał o Cathy...
Nie w sensie, o który śmiało możnaby go brutalnie oskarżyć.
Miłość w tymże absurdalnym znaczeniu, wyrażającym się poprzez latanie w chmurach, przeminęła.
Zostało coś zupełnie innego...
Czuł się jak staruszek, który od najcudowniejszych lat był z jedną kobietą, przeżył z nią całe życie.
(Paradoks, bo przecież był wtedy tylko dwudziestoletnim szczeniakiem.)
Ale to była elementarna prawda o ludzkości.
Namiętność się kończy, stajemy się sobie znani do każdej kropeczki na naszym ciele.
Dotykamy się na ślepo, na pamięć.
Wiemy doskonale, który punkt zaboli, a który wzbudzi rozkosz obiektu naszych uczuć.
Niestety, pozostaje piętno destrukcji. Z którego zaczynamy sobie zdawać sprawę.
Wszystko przemija.
Ale jest jeszcze miłość przyjaźni.
Troska o drugą osobę, trzymanie jej ręki gdy jest chora, kochanie jej nawet wtedy gdy pojawią się zmarszczki.
Gdy piękna, młoda skóra przestaje być gładka.
Gdy mocna wyprostowana sylwetka kurczy się, a silne plecy zaczynają opierać na lasce.
Chyba żadna para, przyciągająca sobie, iż nie opuści się aż do śmierci, nie rozważa tych aspektów.
"Bądźmy piękni i młodzi...
Jedzmy na miesiąc miodowy i nigdy nie dorastajmy...".?
Nie, nie... To bzdury.
Bzdury i ułuda.
I jeżeli w ten, opiekuńczy sposób zdefiniowano by miłość to owszem...
Ciągle kochał swoją pierwszą, poważną dziewczynę...
-I salę w zamku... Słyszysz w ogóle co ja do Ciebie mówię- blondynka niemal wsadziła mu do oka, długaśny, czerwony paznokieć- kotku... Czy Ciebie w ogóle interesują  nasze plany?
Nasze?
-Taaak...- westchnął- może pogadamy na osobności- dodał, widząc, że gdy Maja otworzyła usta, wszyscy skoczkowie, (nawet słuchający ostatnio tylko muzyki klasycznej Loilzl), założyli słuchawki, racząc się kawałkami ciężkiego metalu.
-Kochanie, o czym ty mówisz?- spytał, gdy zaczęli już przechadzać się w okół terenu Bergisel.
-No, o moich urodzinach- wypiszczała.
-Yyy...Przyjęcie w sali zamkowej, na urodziny... Ale po co Ci sto pięćdziesiąt osób?
-No... Sto pięćdziesiąt bez dziennikarzy- zaśmiała się.
-Słuchaj skarbie, a może trochę mniej szumu, pojedziemy gdzieś tak po ludzku, we dwoje, ja i ty, co?- spróbował desperacko- możesz wziąć parę przyjaciółek- dodał zrezygnowany, widząc co dzieje się z twarzą dziewczyny.
To właśnie była Maja.
Nigdy na niego nie wrzeszczała, nie unosiła się. Uważała, że częstotliwość kłócenia się z nim, zamęczyłaby jej wypielęgnowaną twarz.
Zawsze po prostu tupała przysłowiowo nogą i używała szeptu, tak scenicznego, iż w przeciągu dwóch kilometrów nie dało się go zagłuszyć.
Albo zamykała się w sobie, idąc do łazienki, a potem spędzając noc w pokoju gościnnym na pogaduszkach z koleżankami z branży.
A on ulegał.
Bo zawsze wyobrażał sobie, że przez jego opór stanie się coś złego.
Czegoś nie zauważy.
Znowu kogoś straci.
-Człowieku- parsknęła- jesteśmy młodzi, piękni i bogaci, a ty chcesz uciekać przed kamerami i chować na jakiejś bezludnej wyspie? Na Karaiby możemy jechać w Boże Narodzenie.
-Wtedy...Przecież to święta. Najpiękniejszy dzień w roku...
-Kurde, chyba nie myślisz, że zniosę drugą z rzędu wigilię z twoimi rodzicami, rodzeństwem i całą resztą tej szopki. Tłuczące, obsmarowane masłem ciastka z glutaminianem sodu, plamiący obrus barszczyk, a na deser piosenki ludowe, od których głowa boli. I jeszcze twój, cholerny siostrzeniec kruszący na moją suknię. Kto pilnuje takie bachory?
A poza tym, wiesz...- zamrugała wyzywająco oczami.
-Nie, nie wiem- odparł z miną zadręczonego ciężkim dniem szkolnym dziecka.
-Nigdy o mnie nie myślisz- stuknęła obcasem o wybrukowaną dróżkę między boksami zawodników- Jezu, jaki tu syf, sprząta ktoś tą ruderę?
Chłopak znów spojrzał w niebo.
Czemu ona ciągle jedzie po jego bliskich i po Bergisel?
Bergisel, która była najkochańszą z jego sióstr.
Na której odnosił pierwsze sukcesy.
Na której wypił pierwszy kieliszek szampana.
Na której oszołomiony, stał się zupełnie niechcący obiektem uwielbienia nastolatek.
I właśnie w Insbrücku zobaczył Catherine po jednym z treningów.
Tu całował ją po raz pierwszy, tu spytał ją czy z nim zamieszka.
Wszystko zupełnie prosto, nieromantycznie i bez szczególnych okoliczności. Nie uratował jej przed wypadkiem czy brutalnymi bamdytami, nie podarował swojej kurtki na padającym ulewnie deszczu.
Po prostu podszedł do niej gdy dopingowała brata, poszli na kawę, chwilę się kumplowali, a potem zaiskrzyło.
Banalnie, banalnie i życiowo.
Żadne Paryże i Wenecje...
-Masz mi się oświadczyć!- ta deklaracja ponownie zamknęła przed nim brutalnie drzwi do krainy snów- po to marzy mi się ten zamek.
Przykucnął na ziemi, kompletnie nie wiedząc co ma sądzić o zdaniu, które właśnie usłyszał.
-Maja... Przecież my jesteśmy zaręczeni od trzech miesięcy- wydukał.
-Ok, ok, ale jeszcze nikt o tym nie wie. Chcę gratulacji, toastów, pytań dziewczyn w studiu, artykułów w prasie. Znowu nie kojarzysz...
-Przepraszam- spuścił oczy- zamyśliłem się.
-Znowu o tej lali, która nie miała siły, żeby żyć... Kurde, dumaj o niej do ukichanej śmierci, ja Ci nie zabraniam. Ale koduj przynajmniej to co do Ciebie mówię, zgoda?
Jego gest był na "tak".
Zbyt szanował kobiety, żeby wyrzucić z siebie to co cisnęło mu się na usta.
Wrócił do boksu.
Chłopcy siedzieli w milczeniu, każdy ze swoją parą słuchawek na uszach i patrzyli na niego z tradycyjną już dezaprobatą.
-Boże, już?- jęknął Manu- zapłacę cały swój majątek zespołowi, który napisze muzykę skutecznie zagłuszającą ten skowyt.
-Co ty w niej widzisz?- zadał z zabójczą precyzją pytanie Michi.
Zacisnął usta.
-Wiecie... Albo ja nie wiem- uzupełnił.
Bo co? Mógł znowu zacząć nawijać, że tak bardzo mu pomogła. Że zamiast marudzić i zdziwaczeć ciągle był aktywny, skakał i odnosił sukcesy. Że czasem gdy miała dobry humor, mógł się jej zwierzyć, licząc na wysłuchanie. Że gadała na temat swojego nowego makijażu, czy koloru koronki w sukience, zabierając mu sprzed oczu jego prywatny świat, strach i obawy.
To wszystko była prawda, szczera i czysta.
Ale była też druga strona medalu.
-Kurcze, wiem, że wszyscy jej nie znoszą...
-Nie wszyscy. Ci, którym na tobie zależy. Którzy chcą twojego szczęścia.
-W pewnym sensie ją kocham- wyjął z lodówki Red Bulla i łapczywie wlał sobie zawartość puszki do ust- ją też. To się nie wyklucza, serio.
-Są też plusy- uzupełnił pocieszająco Kofler- dostałem psa, nie musząc specjalnie jechać po niego do schroniska i nie wypełniając żadnych druczków.
-Mogę go odwiedzić...
-Nie no, wpadaj. Tylko wiesz jaka była umowa, wezmę go z dobroci serca, ale już nie oddam. Załatwiaj sobie nowego...
-Jasne...- umilkł na chwilę, to nie Kofi i zwierzęta były tym o czym chciał teraz mówić- czemu Cathy oddała serce jakiejś lasce? Czemu to stało się bez mojej wiedzy, nic na ten temat nigdy nie mówiła. Skąd taka zachcianka...
-Wymyśliła to przecież jako siedmiolatka. Rodzice chodzili do pracy, siedzieliśmy całe dnie sami. Kiedyś przewijała kanały telewizyjne i natrafiła na jakiś paskudny horror. Nie mogła potem spać i cholernie bała się śmierci.
-Ona często leżała bezsennie. Nawet gdy wszystko układało się nam świetnie i w dzień miała genialny humor. Mówiła, że to problemy hormonalne...
-Problemy? Dokładnie nie wiem, ale środki uspokajające łykała od maleńkości. Potem odłożyła, jak się poznaliście. Mówiła, że żadnego lęku już nie ma...Że nic jej nie dusi w środku.
-Każdego czasem dusi- wtrącił się pocieszająco Haybock.
-Wiem. Ale, miałeś skończyć o jej sercu.
-Nie wiem jak przeczytała o tych, całych przeszczepach. Ale kiedyś, kilka lat później, jak kopałem piłkę z kolegami przed domem, to przyszła z takim rozanielonym wyrazem twarzy. Opowiedziała mi, dziecinnym językiem, że jak ktoś nie żyje to może dać swoje serduszko, komuś kto nie ma własnego i ono dalej bije, a przecież jest najważniejszym elementem człowieka. Pamiętam to podniecenie w jej głosie, piszczała, że serce to dusza, że ona pożyje sto lat, a potem da swoje jakiemuś choremu dziecku i w sumie będzie pod dwieście. A ponadto podobno ludzie po przeszczepach, przyjmują jakieś cechy charakteru od dawcy. Moja mała, słodka, naiwna siostrzyczka... Chciała żeby świat ją doceniał, a ciągle wydawała się sobie taka beznadziejnie niedoskonała.
-Czemu ja tego nie wiem...- ukrył głowę w ramionach, poczym nagle uniósł ją z przerażającą gwałtownością- zaraz... To z tymi cechami to prawda.
-Lekarzem to ja nigdy nie będę, ale... Coś w tym chyba i jest, jakieś połączenie w głębi mózgu. Kto z nas nie chciałby poznać osoby, która tak czy siak uratowała nam życie. Dowiedzieć się jaka była, co kochała, na czym jej zależało...
-Chwilkę... Ta dziewczyna żyje, gdzieś jest... A gdybym ją znalazł?
-Morgi, ale po co?
-Żeby z nią porozmawiać! Zobaczyć gdzie jest, czym się zajmuje. Może patrzeć uważniej. Jest szansa, że wreszcie coś pojmę.
Chcąc się przewietrzyć wybiegł z boksu, porywając ze sobą kolejny napój izotoniczny i łapczywie wlewaląc go sobie do ust.
Delikatny powiew wiatru, spowodowany przez zamykające się drzwi, zmieszał się z intensywnym, męskim zapachem powoli słabnąc.
Zanim znikł zupełnie mógł się rozkoszować błogą ciszą, przepełniającą szatnie.
Chłopcy z AustriaTeam, nie byli może jak Niemcy czy Polacy przyjaciółmi na dobre i na złe.
Nie chodzili wszyscy razem na imprezy czy mecze piłkarskie.
Nie zwierzali się sobie z najintymniejszych sekretów. Poza skocznią, każdy miał własne, niemal zupełnie różne środowisko.
Czasem tylko po zgrupowaniu jechali się wspólnie powygłupiać, lub zjeść pizzę
Jednak nie byli też wyrafinowani i okrutni.
Umieli współczuć.
No, a przede wszystkim, cóż... Mieli oczy i potrafili użyć ich do patrzenia.
Teraz wszyscy desperacko rozważali co takiego wymyśliła gwiazda ich zespołu.
-Czyli ślubu nie będzie- ucieszył się odkrywczo Kofi- ale pies jest mój.
-Jedno nie ma nic do drugiego, tu będzie robił swoje, a tam będzie niteczką w około czerwonego paznokcia pani modelki.
-Kurcze, są miłe modelki na tym świecie. A on się zabrał za kawał farbki.
-Może właśnie dlatego? Ona go nie porani. Jest pusta w środku, nie ma serca.
-Podsumowując- zamyślił się Michi- niech znajdzie tą panienkę. Boże Kofler nie śmiej się, ja tu niczego nie węszę. Nieistotne, jaka ona jest. Istotne, że szukając jej będzie musiał się zastanowić nad wydarzeniami, które w sumie przeżywał kompletnie nieświadomie. I zobaczy jak jego Majeczka wyczytała wszystko w jakimś brukowcu, po czym perfidnie rzuciła mu się na szyję z prędkością światła.
-Ja nawet nie ujrzałem momentu, w którym się zmaterializowała- dodał Loilz.
-Wykluła się może z jaja- Andreas zapragnął podać światu kolejną teorię.
-Niezależnie od wszystkiego, chyba zarówno patrząc na bezinteresowną chęć wsparcia, jak i na nasze egoistyczne cele, tej baby trzeba się pozbyć.
-Właśnie- potwierdził Diethart- jeżeli jeszcze raz przylezie nam na skocznie to skończę karierę, są jakieś granice.
-Ostatnio weszła do boksu, jak ściągałem akurat koszulkę- poskarżył się zawstydzony Kraft.
-Napewno miała cudowny widok, który bardzo ją zaskoczył. Ale problem nie leży w twojej fizjonomii... Niektórzy mają szczęście do cudownych istotek, niczym z jakiejś krainy elfów. Inni do zwyczajnych, szarych kobietek. Natomiast Thomas... Przepraszam stary, ale jakoś go ciągnie i pcha do wariatek jednocześnie.
-Czyli sugerujesz, że z tą laską od serca Catherine może być coś nie tak.
-A kto ją może wiedzieć. Może Maja to przy niej pudelek kanapowy?


Nie rozsypuj domków z kart...
Są takie nietrwałe.
Samozapalne.
Przesączone na wylot materiałem wybuchowym...
               _______________________________________________________________
Wiecie? To nie jest opowiadanie o miłości.
Żadna nie wybuchnie i wybuchnąć nie planuje.
Buziaki:*

niedziela, 2 marca 2014

3. Ci, których kochamy.

Skoki były idealną formą lustra.
Wielkiego lustra, które ukazywały wszystkie jego błędy i potknięcia.
Każdy upadek był tylko klockiem ciągniętym przez swojego poprzednika i wlekącym za sobą następcę. Jeszcze bardziej od siebie pechowego.
Obciążającego zdrowotnie i psychicznie. Podziwiał sam siebie, za umiejętność zaciskania zębów.
Liczyło się aby wytrzymać, dotrwać do następnego sukcesu. 
Następnego wzniesienia rąk w tryumfalnym okrzyku radości...

W życiu piękne są tylko chwile.
A szczęście jest kruche i nietrwałe. Człowiek leci do niego jak niemowlę do butelki z mlekiem, a potem siedzi na podłodze i kaleczy się skorupami.
I wmawia sobie, że pomoże założenie plastra...
Dla głupich homo sapiens pomoc oznacza uśmierzenie bólu.
Ale czy to oznacza, że on przeminie? 
Przecież pod osłoną znieczulenia ciągle rozwija się nieuleczalna choroba...
A znieczulenie ustąpi.
Będzie z nas drwiło po kolejnych wynikach badań.
Gdy wyleczenie okaże się jeszcze trudniejsze...
Albo wręcz niemożliwe.
    
                                                                                                                          osiem lat wcześniej:
-Czyli co, to koniec?
Cały ostatni tydzień sezonu, zamiast trenować ćwiczył te słowa. Miały być wypowiedziane w sposób pewny, pogodny i beznamiętny. Miały być idealnym znakiem tego,iż zwraca jej wolność ratując z depresji, lub jakiegoś innego przeklętego schorzenia psychicznego. 
Miały być dowodem zgodności z własnym sumieniem, przekonaniem, że on nie czuje się obrażony czy zraniony. 
Że zawsze wyjdzie jej z pomocą, gdy tylko ona tego zapragnie.
Że nie będzie zachowywał się jak siedemnastoletni szczeniak, który po rozstaniu jedzie po swojej byłej jak po szmacie i obraża ją na forum publicznym.
Pierwszą i najważniejszą cechą jego charakteru była uczciwość.
I nienawidził siebie, za każdą chwilę, w której o niej zapomniał.
-Jeżeli chcesz to... Zwróćmy sobie wolność- kontynuował durną, sztuczną, wymuszoną przemowę.
I przerwał...
Bo nie wytrzymał. Znowu wszystko spieprzył. Nie umiał udawać, że go nie boli. Łzy pociekły po policzkach.
Chciał, aby dla niej ta chwila też była podniosła.
Chciał złączenia swojej i jej rozpaczy. Ale Cathy nie płakała. Siedziała na łóżku sztywno, bawiąc się sznurówkami swoich, dziwacznych, różowych adidasów, w których zobaczył ją po raz pierwszy.
I nagle wybuchła śmiechem. Ironicznym, chorym, zaraźliwym śmiechem psychopatki.
Po czym zaczęła klaskać w dłonie.
-Morgi- wymruczała- spadaj debilu. Nie masz się czego bać, w ciąży nie jestem.
Nie wiedział czemu go to tak zabolało.
Nie wiedział czemu pierwszy raz w życiu, gdy był z nią, trzasnął drzwiami.
I wyszedł, co oczywiste.
A potem cały dzień czuł się idiotycznie.
Bo to nie on miał problemy w tym związku.
Nie on wpadł nagle w niezrozumiały dołek.
Nie on stwierdził, że przegrał życie.
Ale on po raz kolejny wykazał się kompletnym brakiem wrażliwości.
Bo jasne, obrażała go ostatnio na każdym kroku, traktowała go jak psa. Ale przecież była jego pierwszą, młodzieńczą miłością, pierwszym dorosłym szczęściem... 

Przesiedział popołudnie zadumany patrząc w wykresy wskaźników wiatru usytuowane pod Bergisel.
Prąd wiał, zgodnie, w jedności, ku skoczkowej uciesze pod narty.
Aż tu nagle się zmienił, rozdzielił na dwa, wytworzył cholerne odgałęzienia boczne.
Już nie potrafił się zrosnąć, sprawiając psikusa siedzącemu na belce Kraftowi, który z trudem musiał ratować się przed upadkiem.
Tak jak oni...
Kiedyś idealni szaleńcy.
Pokrewieństwo dusz.
Jedno przegrzane uczuciem ciało.
A teraz rozgoryczeni, przedwcześni. ostygli emeryci, czekający biernie na rozstanie.
Nie chciał zwalać winy wyłącznie na nią, a jednocześnie, mimo, że bardzo chciał, nie umiał znaleźć swojej własnej.
Wiedział , że tu nie chodziło o innego faceta. 
Nie chodziło o banał...
Wtedy walnęłaby mu tym prosto z mostu.

Wiatr po minucie znów zrobił się pomyślny.
Pozornie taki sam.
Ale znacznie słabszy.
Gdyby przenieść go kilka lat później, gdy istniały już przeliczniki punktów, odjęto by ich znacznie mniej. Bo składał się już z innej cząsteczki.
Mniej związanej, nie mającej nic wspólnego z nieśmiertelnym huraganem. Ta pierwsza, najprawdziwsza odleciała na bok.
Bezradnie rozpłynęła się nad insbruckim cmentarzykiem.

Nigdy nie wejdziesz do tej samej rzeki...
Może lepiej by było, gdyby wierzył w starożytną sentencję?
Gdyby był człowiekiem przesądnym?
Wtedy jednym desperackim ruchem, mógłby jeszcze zapobiec tragedii...
Przeciąć tkaną przez los nić przeznaczenia.

Wracał do mieszkania pod wieczór. Jego dłoń zaciskała się nerwowo na sportowej torbie. Kolejne literki loga sponsora zlewały się jakby w klawisze pianina. Zdenerwowane palce wystukiwały na nich chaotyczną melodię.
Trzepoczącą jak niewidzialne skrzydła duchów.
Nieobliczalną i podniosłą.
Marsz...
Ale nie weselny, wygrywany przez skromne paznokietki jego małej wariatki, gdy siedziała na bocznym siedzeniu samochodu, opowiadając mu jak nazwie swoje dzieci.
Co ciekawe nigdy nie nazwała tego przyszłego cudu natury "ICH DZIEĆMI".
Może fakt ów był dla niej zbyt oczywisty?
A może wcale nie była pewna? Takczy siak to już się nie liczyło.
Nowy marsz był POGRZEBOWY...
Przekręcał klucz w zamku święcie przekonany, że stanie się coś złego. Że widok, który zastanie w środku będzie straszny.
Zaczynał się wewnętrznie przygotować do wstrząsu.
Do samotności i opuszczenia. Panował półmrok.
Resztki ozdobnej zastawy skromnie leżały na swoim miejscu.
Łazienka była przepełniona intensywnymi zapachami różnorodnych kosmetyków, na stole w kuchni spokojny starczy żywot wiodły zeschłe róże.
Blondyn delikatnie nacisnął klamkę od sypialni. Tylko tam dały się zauważyć promienie zachodzącego słońca. Cathy stała rozmarzona przy oknie.
Oparta o parapet.
Z zamkniętymi oczami.
Piękna, taka piękna...
I nienaturalnie jak na nią umalowana. Zwykle nawet na uroczystą, sportową galę nie dało się jej namówić do czegoś więcej niż delikatne pociągnięcie oczu tuszem.
Wyglądała jak istota z zaświatów...
Nic dziwnego, że chłopak podchodził do niej z czystym lękiem. Na jego widok, uśmiechnęła się jednak, tak promiennie i czysto.
Jak dawniej.
Po czym zarzuciła mu ręce na szyję.
Chciał coś powiedzieć, ale serii namiętnych pocałunków nie dało się już pod żadnym pozorem zatrzymać. Dopiero kilka minut później, gdy dziewczyna odsunęła się od niego aby zaczerpnąć trochę oddechu mógł wyszeptać.
-Porozmawiajmy. Wszystko da się uratować, mnie, ciebie, nas... A maturę w końcu zdasz, serio.
-To nie takie proste- chichotała- wcale nie proste.
-Ty zawsze musisz się śmiać?
-Przecież wiesz, że nie umiem płakać. Chyba, że ze szczęścia...
-Cathy... Będziesz mnie kochać zawsze?- zacisnął zaborczo palce na jej dłoni. Był już stuprocentowo pewien, że nie potrafi odejść.
-Oj głuptasie, głuptasie... Nie istnieje słowo zawsze - wsunęła mu ręce pod koszulkę, przesuwając je w kierunku jego paska od spodni- chcę Cię kochać tu i teraz...
Wiele lat później gdy codzienne tchnienie pierwszej miłości zastąpiły mu sporadyczne uściski Mai, pluł sobie w brodę, że nie zmusił jej wtedy do jakiś wyznań.
Że poddał się jej tak całkowicie biernie, oddając losowi pole do działania.

Tyle, że tylko w miłości potrafili się już odnaleźć. Rozumieć każdy swój gest, każdą potrzebę.
Tylko w miłości udawało się przegonić duszącą przyszłość.
Zatrzymać nieubłagalny czas.
Złączyć rozerwany na kawałki prąd wiatru.
Kochać prawdziwie...
Aż znów nie zbudził się kolejny świt.

Następnego dnia, kompletnie niewyspany pojechał na Bergisel, aby zostać mistrzem swojego kraju.
Przyszło mu to, o dziwo bez najmniejszych trudności.
Czyżby wiatr znowu miał się stać jego sprzymierzeńcem?
Zaczął uśmiechnięty wyobrażać sobie co będzie dalej...
Włożył rękę do kieszeni, po czym wystukał na klawiaturze króciutkie:
"Kocham Cię Catherine. Wiesz"
Po paru minutach niecierpliwego oczekiwania, przepleconego odbieraniem gratulacji otrzymał odpowiedź:
"Gratulacje skarbie. Pójdziemy dziś zaimprezować jak za dawnych lat? Będę czekać w klubie, tym co zawsze. Zgarnij mojego braciszka i chłopaków. I przyjeżdzajcie. Miłość nie istnieje, ale pamiętaj, że Cię kocham. Cathy".
Jego okrzyk szczęścia, musiał zadziwić wszystkich dookoła.
Nie zastanowił się, że sms ze szczegółami i to jeszcze podpisany jest cholernie dziwny...
Kompletnie nie pasujący do szalonego tworu, z którym się związał.

Wieczorem strasznie padało.
Jakby całemu niebu zachciało się wyć.
Jakby wiosna chciała zadusić szczątki zimy nie klasycznie.
Nie zgodnie z kalendarzem, nie czasowo...
Tylko nieubłaganie i wiecznie.

Przed drzwiami klubu gdy tylko pojechali czekała na nich policja.
I lekarz pogotowia ratunkowego.
Jakoś odruchowo wyczuł, że czekają akurat na nich.
-Narzeczony niejakiej Catherine?- spytał pracownik służby medycznej bez owijania w bawełnę.
-Chłopak...
-Bardzo mi przykro. Nie rozumiem, czemu ta dziewczyna odebrała sobie życie. Ale nie mogliśmy nic zrobić. Zmarła w karetce...
                        ~~~***~~~
Pamietał gdy po przyjeździe do szpitala, udarł się, że chce ją zobaczyć.
Musiał poczekać... Zgodnie z jej odwiecznym pragnieniem oddała swoje serce, jakiejś umierającej nastolatce. Zawsze mówiła, że chciała aby pracowało także po jej śmierci. 
Ale dla niego nie stanowiło to wówczas żadnego pocieszenia.
Bo co z tego, że będzie biło, skoro nie będzie tego robić, aby krew napływała do JEJ uśmiechu?
Do jej palców przygotowujących mu niedzielny obiad...
Diagnoza była taka prosta...
SAMOBÓJSTWO.
I napis, jaki zrobiła sobie na nadgarstku.
"wiesz już, że nic nie trwa wiecznie? Nie miałam powodu. Chciałam Ci tylko zrobić na złość.".
Czyżby planowała to już od dawna.
Czyżby był to ostatni akt przedstawienia, jakie odgrywała od dłuższego czasu?
Była wybitną aktorką.
Oscarową, można by rzec...

Nie mógł sobie poradzić z wyrzutami sumienia.
Za mało z nią był.
Za mało się starał.
Za mało zrobił.
Za dużo nie zrobił.
A potem ułożył sobie życie, choć w pierwszym młodzieńczym odruchu, przysięgał, że będzie sam do ostatniego dnia na ziemi.
Zaprzeczył definicji uczucia na wieki...

Bo przecież jej serce było już sercem innej osoby.
Czyli nie było jego.
                        ___________________________________________________________

Głupa idiotka znowu zanudza^^
No widzicie, długo nie wytrzymałam. Całe posypanie, posypaniem, a co jakiś czas coś skrobnąć trzeba. 
Nawet tak masakrycznego.
I cieszyć się końcówką Pucharu<3

Zaległości we większości są nadrobione, a za te które pozostały strasznie przepraszam, załatwię to.
Wiem, głupia, zła ja.
Możecie mnie nie lubić, jak chcecie:D
Buziaki:*

wtorek, 4 lutego 2014

2. Nienawidzę komedii romantycznych.

czyli nareszcie o skokach narciarskich. Albo i nie...
                      ~~***~~
Chwiejąca się blondynka, wsiada do samolotu kołującego na paryskim lotnisku.
Zaraz...
Przecież po pierwsze ta kobieta jest pijana. A po drugie kto to widział, żeby ludzie wchodzili do maszyny, która jest włączona? To grozi katastrofą! Ok, katastrofą może i nie, ale jakimś porażeniem przez prąd, albo inną bzdurą z pewnością.
Cóż za bezmyślność!
I jeszcze na deser sam środek komunikacji, brzydki, odrapany, w ogóle się nie prezentuje.
Nie mogli się postarać o coś lepszego?
Trochę szancunku dla ludzi, którzy poświęcają swój cenny czas!
Ale co tam. Samolot przeszkadza najmniej.
Gorzej z kobietą. Czemu ona nie zakryła tego nieznośnego pieprzyka na środku nosa?
Wchodzi do środka i potyka się o własny plastikowy obcas, przywracając trzylatka biegającego. po pokładzie za swoim samochodzikiem.
Co za idiotka. Boleje nad tandetnym, markowym buciorem, zamiast przejąć się czy nie zrobiła czegoś maluchowi.
A jeszcze większą idiotką jest matka chłopczyka, przecież powinna jej twarz rozdrapać.
Albo jeszcze drugą szpilkę złamać, żeby było po równo.
(I zabronić dziecku wnosić autek do samolotu, ale to już nie ważne).
Cokolwiek by się nie stało babka idzie dalej.
Znajduje swoje miejsce i gramoli się na nie coraz bardziej wyjąc. Po drodze potrąca siedzącego obok staruszka i wylewa mu kawę na gazetę.
No nie! Teraz już przesadziła. Przecież to też jest człowiek. Może kupił codzienne pisemko za ostatnie grosze z emerytury?
Może sprawą życia i śmierci jest dla
niego wiedzieć, ile Real ograł wczoraj Barcelonę, a jego komórka jest za stara aby podłączyć ją do Wi-Fi?
Może nie ma na czym oka zawiesić i chciał spojrzeć na najnowszą kochankę czołowego polityka?
Też ma prawo!
A może ma za okładką zapisany termin własnej rozprawy rozwodowej, o którym ciągle zapomina?
Tak czy siak to tłusta wołowa dupa wszystko mu zniszczyła.
I nawet nie powiedziała przepraszam. Zamiast tego zaczyna wyć jeszcze głośniej:
-Ukochany, czemu Cię już nie ma? Nie chcę wracać do Nowego Yorku. Kocham Cię, tylko nigdy nie umiałam tego wyznać, ach gdybyś ty tu teraz był...
Tusz, szminka i puder spływają jej z twarzy hektolitrami.
Ile to musiało kosztować!
A przecież ona nawet nie umie płakać! Może łzy też wyprodukowała jej firma kosmetyczna?
(Albo natarli ją cebulą, byłoby taniej.)
Nagle w samolocie robi się jaśniej, zaczyna szykować się do startu.
-Buuuu, buuuu- ryczy nadal jak zarzynane prosie wariatka- powiedziałabym Ci wszystko...
-Masz na to szansę teraz- odzywa się jakiś głos- skarbie, najmilsza-
Na siedzeniu obok pojawia się opalony Maczo w hawajskich spodenkach- wyjdziesz z tej maszyny, czy mam Cię z niej wynieść siłą?
Chwileńkę...Kto pozwolił temu osłu wejść na lotnisko?
Przecież to zakrawa na zamach terrorystyczny. Niech go aresztują, najlepiej z lalą na rękach. Będą sobie do woli szeptać czułości za kratkami, a niewinni turyści nie będą musieli tego słuchać.
Pomysł genialny.
I gdzie jest staruszek ze swoją gazetą, jeszcze przed sekundą to on tu siedział.
Może od początku chodziło, żeby go porwać?
Nie, nikt o tym nie pomyśli.
Uwaga skupia się na Supermanie wyjmującym pudełeczko z kieszeni:
-Najdroższa, czy zostaniesz moją żoną? Byłem ślepy. Wszystko Ci wynagrodzę. Liczysz się tylko ty... Taaa, a długonoga kelnerka, której poprzedniego wieczoru wkładał pajac język do gardła, podczas gdy jego ukochana próbowała skoczyć z dachu?
Chyba już o tym zapomniał.
I ona też.
Ładuje mu się na kolana, po czym toną w nieprzyzwoicie długim pocałunku, którego końca nie widać.

Takie życie.
Z nim nie wolno było oglądać komedii romantycznych...
Zawsze znajdował jakieś absurdalne interpretacje akcji.
Zdegustowany chwycił za pilota.
Na drugim kanale amerykański spec walczył właśnie sam, gołymi rękoma z pięcioma koreańskimi czołgami atomowymi.
Na to też nie miał nastroju...
Leniwie znów przesunął przycisk do tyłu.
Pięknie! Szpieg zniszczył już cztery maszyny, a Ci nadal nie skończyli się obmacywać!
To już szczyty.
-I żyli długo i szczęśliwie, na zawsze. Happy End...
Jasne, powodzenia.
Lepiej by zrobił idąc spać o godziwej porze.
Zdecydowanie!

Wziął łyczek z puszki fanty stojącej przy łóżku.
Stracił dwie godziny, a i tak jedynym co go wzruszyło był człowiek polany kawą.
Miał w sobie jakąś tajemnicę.
Jedyny nie robił z siebie gwiazdy.
Pragnął może aby ten film zawierał jakąś puentę.
A ten wielce mądry hollywoodzki reżyser obsadził w jego roli statystę.
Wybijając na pierwszy plan ckliwą bajeczkę o lali i maczo.
Dobre sobie- on obraża kobietę z filmu, a kto właśnie śpi u jego boku?
Wyzywająca blondi roztaczająca w około zapach różanych perfum.
Będąca po trzech operacjach plastycznych.
Która wczoraj wróciła z Berlina, aby jutro udać się na pokaz we Wiedniu.
Takie życie.
Nawet nie miała czasu iść z nim na kolację.
Nie mówiąc już o niczym więcej.
Westchnął ciężko, bawiąc się włosami Mai sztucznie na noc wyprostowanymi i klejącymi jego palce odżywką.
Czy on ją kochał?
Szanował.
Nigdy nie zdradził.
Starał się być uczciwym i szczerym.
Przynosił zawsze gdziekolwiek był, jakieś kolczyki czy jedwabną apaszkę.
Jednakże w najgłębszym zakamarku serca, tam gdzie chyba mieszkało sumienie czuł, że to nie jest ta pełna, surrealna i bezinteresowna miłość.
I ona o tym doskonale wiedziała.
Bo z jej strony było to dokładnie to samo.
Z tym, że piękność nie odmawiała sobie skoków w bok.
Nie wypadało jej...

Zawsze gdy było ciemno, a on spędzał czas przy własnej narzeczonej nawiedzała go jedna desperacka myśl.
Co by było gdyby teraz była z nim nie Maja, a "C"?
"C", która nigdy nie suszyła włosów, nawet ich na noc nie czesała.
"C", która pokazywała język reporterom przeszkadzającym im w pocałunku na skoczni, zamiast jeszcze się do nich przybliżać i przyciągać ich uwagę.
"C", która kochała to co on kochał. Nie tworzyła żadnych równoległych rzeczywistości.
Po prostu była na każdych zawodach, każdym treningu, czekała codziennie aż przyjedzie po nią do szkoły.

Ożeniłby się z "C"?

Nie znał odpowiedzi na to pytanie, byli wtedy za młodzi na układanie sobie życia.
Ona miała osiemnaście lat, a on niespełna dwadzieścia.
Nie myśleli o przyszłości.
Większość ich szalonych przygód, była skutkiem niebezpiecznych imprez i nadmiernej ilości procentów we krwi.
Brali pełnymi garściami z kielicha życia. Może wiedzieli, że nikt nie naleje im więcej?
Jednego był pewien.
"C" nie zostawiłaby go teraz samego na pastwę komedii romantycznej.
Kłóciliby się właśnie kto wyjdzie z ich psiakiem na nocny spacer.
Słyszał w głowie jej śmiech z jego podejścia do najnowszego dzieła amerykańskiej wytwórni, połączony
z lamentacjami nad losem kundla, który ma aż tak leniwego pana.
Heh... Chętnie by to wszystko uciszył jednym mocnym wpojeniem się w jej delikatne, niepokryte szminką usta.
A potem przewróciliby się na plecy zapominając o całym otaczającym ich świecie.
I przerwałby im dopiero wierny czworonóg przypominający o obiecanej przechadzce...

Nie było wątpliwości jedyną rozsądną osobą w tamtym mieszkaniu było zwierze.
Zwierze, które Maja po  wprowadzeniu się kazała mu oddać Koflerowi...
Miała alergię na każdy rodzaj sierści.
No, pomijając zimowe futra z zająca i lisa.

Gdy stracił "C" etap rozpaczy dość powoli przeradzał się w etap akceptacji.
To było zaraz po jej oblanej maturze i jego pierwszym ogromnym sukcesie.
Pamiętał własną bezradność.
Pamiętał wszystkie napotkane dziewczyny i zniewalającą litość w ich oczach.
"Biedny maleńki".
"Jak ona mogła".
"To nie jest twoja wina".
Nie darł się wtedy na nie, choć głęboko w środku pragnął je rozszarpać, bo rozumiał, że mają dobre intencje.
Ale wsparcie tego typu nie mogło mu pomóc.
Tylko rozdrapywało rany, które musiały się jakoś zabliźnić.
I wtedy pojawiła się Maja.
Młoda, początkująca modelka.
Znikąd, zupełnym przypadkiem.
Z wyrazem twarzy oznaczającym "mam w dupie twoje problemy" po prostu dzień po pierwszym spotkaniu, weszła do jego mieszkania i nie mówiąc nawet zwykłego "cześć" wskoczyła mu do łóżka.
Okręciła go sobie w okół paluszka wypełniając czas, tak, że przestał jawnie i uparcie cierpieć.

Jedni z samotności zaczynają pić.
Drudzy popełniają samobójstwo.
Trzeci siedzą skostniali, coraz bardziej naprzykrzając się otoczeniu.

A gwiazda skoków zamiast zrobić coś standardowego wpadła na Majkę.
Ale raczej w Majkę.

On uważał ich związek za lekarstwo,
a ona za dobrze sprzedającą się markę.
On miał ciągłe wątpliwości, wspomagane przez dobrodusznych kolegów ze skoczkowego światka, a ona coraz bardziej naciskała na huczny, medialny ślub.
Co tu gadać?
Czasem było całkiem zabawnie.
I tak sobie żyli.
Od niedzieli do niedzieli.
   
_________________________________

No! Koniec wprowadzenia.
Od następnego rozdziału zaczyna się akcja.
Bo jak się domyślacie jestem bardzo niezadowolona:D
Wiem, jak zawsze.

A teraz coś innego.
Wiecie, że mam ferie, więc tak.
Po pierwsze obiecałam wam komedię. Więc jest już gotowa do pisania. Wbrew pierwotnym założeniom nie będzie tam żadnych elementów fantastyki.
Lepszy klasyczny, realny cyrk.

Ojojoj, nie macie mnie dość:p
Jest jeszcze coś, pamiętacie mój okrutny Paryż^^?
No więc... On ma ciąg dalszy.
Tylko nie wiem czy nie lepiej zachować go dla siebie, choć takie dwie (tak potwory kochane, wiecie, że to o was<3) namawiają mnie, żeby tego nie robić.

W najbliższym czasie podeślę wam linka/i.
No, do komedii z pewnością.

A miałam napisać jedno i zniknąć z blogosfery.
Pięknie:D
To do usłyszenia skarby:*

środa, 29 stycznia 2014

1. To miał być mój największy wróg. Ale wolność okazała się silniejsza.

 jedynka , którą można nazwać prologiem, albo zwyczajnym życiorysem bohaterki...     
                        ~~~***~~~
Czasem po jednym dniu była gotowa stwierdzić, że minął rok.
W inne , miesiące zdawały się jej krótkimi godzinami.
Nie istniały daty kalendarzowe.
Pory nocy i dnia.
Była tylko ciemność.
Głucha, brudna ciemność.
Albo jasne, rażące reflektory, od których widziała coraz mniej.
Zapach zgnilizny przeszywający powietrze.
Krzyki, jęki i wrzaski cieni siedzących na pseudo-łóżkach obok niej.
Nad nią.
Pod nią.
Zaszczucie- tak to się chyba fachowo nazywa.
Antyżycie Alice Weiss.
Dziewczyny, która jako niespełna siedemnastolatka trafiła za kratki...

... A teraz miała już tych lat dwadzieścia cztery.
Nie skończyła szkoły.
Nie zdała matury.
Nie miała szans na wyższe studia, ciągle w tej samej małej klitce.
Czuła się wypruta z serca, duszy i ciała.
Nie dało się tego opusać.
Aby przetrwać nie mogła być dobra.
Musiała wyłączyć mózg.
Przestać myśleć.
Czasem siłą bronić przed degeneratkami, z którymi żyła.
Złodziejkami, dilerkami, morderczyniami.
Ważyła mniej niż pięćdziesiąt kilo.
Rzadko coś jadła czy piła.
Krok po kroku zbliżała się do anoreksji.
Gdy próbowała włożyć chleb do ust, zaraz musiała z obrzydzenia lecieć do łazienki.
Pseudo-łazienki.

Raz tylko opuściła to miejsce.
W dniu, w którym podcięła sobie żyły.
Bezskutecznie i desperacko.
Nożem znalezionym w kuchni.
Nie miała szans, uratowali ją z łatwością...
Zostały tylko trzy wyraziste blizny po drugiej stronie nadgarstka.
I wyniszczająca nienawiść...
Nie potrafiła wybaczyć.
Bo nie chciała.
                    ~~~***~~~
                                osiem lat wcześniej:
-Nie rób tego- krzyk szesnastoletniego jeszcze dziecka przeszył powietrze.
Jej umysł ciągle nie mógł dorosnąć.
Urodziła się przed terminem, poważnie niedotleniona.
Fizycznie nie pozostawiło to po sobie żadnych skutków.
Ale...
Właśnie.
W głębi serca pozostała maleńką dziewczynką, która zamiast mianować się matką ślicznych, jasnowłosych laleczek, 'reanimowała' dla zabawy kawałki szkła.
Dziewczynką, której dyrekcja każdej szkoły, radziła wizytę w poradni psychologicznej.
Dziewczynką, która miała kupę kasy i zero miłości.
Dziewczynką, siedzącą pod stołem i sluchającą rozmowy swojej matki i ojca:
"-Przykro mi. Mogliśmy mieć drugą taką. A zdarzył się pech i urodziła się Allie."
"-Nie chcę jej. Nie chcę mieć upośledzonej córki, oddajmy ją,  wyrzućmy."

Ten krzyk własnej rodzicielki utkwił jej na zawsze.
Ale był niczym w porównaniu z jej prywatnym:
"-Nie rób tego!!!"...

Nieraz wracała do tej chwili...

Była bezwolna.
Wszystko zamknęło się w ułamku sekundy.
Płacząc wybiegła na zewnątrz.
Deszcz walił jej w twarz.
Obok stało srebrne, iskrzące się w nocnej poświacie Audi.
Ktoś zostawił je otwarte.
Nie mając jeszcze oczywiście prawa jazdy wsiadła za kierownicę .
Drżącą ręką wykręciła numer alarmowy:
-Club SilverStar, przy zjeździe z autostrady- wyjąkała- proszę tu przysłać karetkę, stało się coś złego...
Nacisnęła czerwony przycisk na słuchawce.
Opuściła głowę, starając się opanować szok i zawroty głowy niewątpliwie połączone z nieprzyzwoitymi jak na jej wiek promilami, które miała we krwi.
Nawet nie wiedziała kiedy szyba samochodu wylądowała na delikatnej, zalęknionej twarzy.
Czuła, że ma coś ostrego wybitego w klatkę piersiową. Opadając do przodu wcisnęła to jeszcze głębiej...
Niepamięć...
Błoga niepamięć...

-Miałaś ogromne szczęście Allie- osoba, która zawsze kojarzyła się z najgorszym siedziała przy jej łóżku- żyjesz, miałaś operację, przeszczepy, ale żyjesz. Dbam o wszystko i jestem przy tobie.
Skąd była ta nagła dobroć, niespodziewana troska?
Skąd ta nuta ciepła w głosie?
Chwilę później dowiedziała się prawdy.
-Allie słyszysz mnie? Musisz się przyznać, powiedzieć, że to ty wtedy. Tak będzie najlepiej. Nie jesteś pełnoletnia, masz problemy umysłowe, a teraz jeszcze... Przepraszam...
-Co?
-Zostałaś kaleką. Masz tylko mnie. Rodzice wywalą Cię z domu, przecież ich znasz... Jeżeli zrobisz tak jak Ci każę, załatwię Ci najlepszego adwokata i wyjdziemy z tego bez wiekszego szwanku.
-A...?
-W przeciwnym razie panno Weiss... Cóż, nie owijajmy prawdy w bawełnę, skończysz na bruku...

(Zdawało jej się, czy na tej twarzy rozbłysł delikatny uśmiech?)

Nie znała odpowiedzi.
Od dłuższego czasu myślała, że największą jej nienawiścią było to co trzymało ją w tamtej chwili za rękę.
Ale to nie była prawda.
Bała się poczucia wolności.
Bycia zdanym na otwartej przestrzeni na samą siebie.

Oto właśnie obsesja...
Pokiwała w milczeniu ciemną głową.

Z rąk lekarzy trafiła prosto w ręce policji.
Nie mogła nawet pojechać do domu po swoje kryształy z dzieciństwa.
Spędzała długie minuty wisząc na aresztanckim telefonie i bezskutecznie nagrywając się na pocztę głosową:
"-Gdzie Ty jesteś? Gdzie ta pomoc? Ci adwokaci? Spełniłam wszystkie warunki, przyznałam się."
Odpowiedź dostała po paru tygodniach.
W liście...

"Allie!
Powiem Ci jedno mała.
Jesteś głupią frajerką.
Naprawdę myślisz, że chcę Cię wspierać?
To się mylisz.
Wrąbałaś się w to, a ja pragnę Cię tylko udupić.
I nikt Ci nie uwierzy.
A jeśli już? Pamiętaj, że zostaniesz sama. Na ulicy.
Więc się załatwisz na amen.
Teraz parę faktów z dziedziny prawka.
Masz ukończony szesnasty rok życia, dobiorą się do Ciebie jak do dorosłej.
Ile Ci grozi? Może 25 latek?
Tyle w temacie.
Buziaczki od
T.S.C.W"

Nie było zmiłuj. Miesiąc później sąd skazał Weiss na osiem lat więzienia.
Tylko osiem, powołując się na jej wiek i wpływ używek...

Na nic się zdały obsesja i łzy...
                      ~~~***~~~

Ale nie to było najgorsze.
Przez ten cały czas nikt jej nie odwiedził, nikt nie wsparł.
Cały czas nie wymówiła ani słowa.
Cały czas były z nią tylko te oczy.
Obrzydliwe gały tryumfalnie opuszczające salę rozpraw.
I tętniąca w jej wnętrzu potrzeba zemsty.
Za parę miesięcy miała wyjść z więzienia. Znaleść się wśród innych ludzi.
Sama.
Zastraszona i beznadzejna.
Jednak pewna rzecz nie ulegała wątpliwości.
Gdyby znalazł się kochany, dobry człowiek, który poda jej rękę, zrobi jedno.
Odgryzie mu tą rękę...
Nie była zagubiona.
Gardziła litością...
          ______________________________

Wrrrrr...
No, tyle w temacie.
Spokojnie, to nie kryminał, a cały ten rozdział nie ma nic (no, po za jednym, pozornie nieistotnym szczegółem) do fabuły.
Po prostu chciałam pokazać z jaką bohaterką mamy do czynienia.

Dwa dni i ferie<3
Tydzień i Soczi<3

A u mnie ciągle to samo.
Nie wiem czy to normalne, że ja tak wszystko przeżywam?
Rozstania są przecież dla ludzi...

I chyba jednak zacznę pisać to walnięte coś co mi w głowie siedzi.
Ściskam Was<3

                                            
                    

sobota, 25 stycznia 2014

Prolog

                        ~~~***~~~
Gdy byłam mała dziewczynką wszędzie leżały kryształy.
Nikt nie mógł mi wmówić, że ich nie ma.
 Ludzie próbowali, opowiadali mi o śmierci, o biedzie. O tym, abym szanowała swojego misia i lalkę, bo nigdy nie dostanę nowych. Myślałam, że mnie krzywdzą. 
Że chcą pokazać kto tu jest tą najgorszą. 
Na swój dziecinny, bierny sposób ich nienawidziłam.
 Odcięłam się od wszystkiego i schowałam.
Głęboko.
Bardzo głęboko.
Jak moja imienniczka, przysłowiowa Alicja, w Krainie Czarów.
I kurcze... Byłam szczęśliwa, na serio byłam...
W tej magicznej przestrzeni ułudy.

Nie rozumiałam czemu klepią mnie po głowie, że słowami 'biedny skarbie'. 
Teraz po latach już rozumiem.
Może gdybym wtedy się poddała, dała sobie wytłumaczyć, iż narodziłam się pod pechową gwiazdą, to bym przetrwała?
Nie chcę odpowiadać na to pytanie.
Wciskam pięści w żelazną balustradę...
Nie żałuję...
Nadal nie żałuję...
NICZEGO...

W dniu moich siódmych urodzin stłukłam wazon stojący na stole w salonie. Piękne żółte tulipany poleciały mi na głowę, zamieniając się w warstwę pyłku, kurzu i posypanych płatków. Nie płakałam za nimi, przecież takie same można było kupić w kwiaciarni, gdyby komuś chciało się pojechać do miasta. Płakałam nad kawałkami szkła. Były takie biedne, takie małe.
Takie bezwzględnie rozsypane.
Razem tworzyły spójną całość, były poezją.
W tamtej chwili zostały prozą życia.
Tym, przed czym wiałam tak szybko, że pobiłabym chyba rekord świata na każdym dystansie.
Wpadłam wtedy w jakiś stupor.
Zaczęłam przyglądać się szkiełku, które właśnie wbiło mi się w palec.
Kropelki krwi spływały powolutku na dywan.
Stabilnie i miarowo.
Podniosłam rękę do góry i przyłożyłam ją do szyby kuchennej.
Błagałam kryształek, aby zaczął przepuszczać światło słoneczne. Udowodnił mi, że żyje.
Na próżno!
Był cały czerwony i martwy.
Pobiegłam do łazienki. Olewając moją ranę, zaczęłam trzeć go gąbką.
Gdy znowu był przejrzysty, został spryskany perfumami i zawinięty w cienką chusteczkę do nosa.
Wyleciałam przed dom, spadając przy okazji że schodów , po czym spojrzałam przez niego na świat.
Żył!
Uratowałam go, reanimacja zakończyła się sukcesem.
Na zawsze miałam zapamiętać swój szalony, beznadziejny taniec radości, który odbył się w tamtej chwili.
I powrót na górę. Do reszty kawałków szkła.
Sterta "ocalonych"  tamtego wieczoru była ogromna.
A  kolejne lata tylko ją powiększyły.
Cieszyło mnie nawet każde pijackie zamroczenie, w którym uzależnione potwory zwane popularnie ludźmi rozbijały o ziemię butelkę wódki.
Wtedy znowu byłam potrzebna.
Innym , małym kryształkom...

Drugie co pamiętam z dzieciństwa to wizyty w mieście, które odbywały się dwa, trzy razy do roku.
Byłam wtedy prowadzona do małej kawiarni blisko centrum. Wściekałam się zawsze gdy kelnerka podawała mi do ręki menu. Raz nawet rzuciłam jednym o ziemię. Nie chciałam mieć wyboru, był on oczywisty.
"BIAŁA CZEKOLADA Z TRUSKAWKAMI"
Nawet jej nigdy nie dopijałam.
Po prostu wylizywałam łyżeczkę, smarowałam nią usta niczym szminką.
Zachowywałam się okropnie i nieprzyzwoicie.
To była moja drobna obsesja.
Mój ideał.
Każda truskawka, leżąca delikatnie, na właściwym miejscu.
I ta biel.
Symbol uczciwości i niewinności.
Radości i ciepła.
Gdy pewnego lata, przez pomyłkę dostałam czekoladę czarną zaczęłam wyć.
Przypominała mi krew, ból i cierpienie, w którym tonęły bezbronnie moje czerwone owoce.

Jedno można przyznać z całą pewnością...
Ja ratowałam kryształy.
A biała czekolada ratowała mnie.
Była psychologiem, do którego nikt mnie nigdy nie zaprowadził...
Choć powinien...
                        ~~~**~~~
Myśl o czekoladzie...
Czuj ją...
Nie umiem, czas zabił ten smak.
Zabił wszystko.
Odebrał mi serce.
Dosłownie i w przenośni.
Gdyby miało się spełnić jedno moje życzenie?
Chciałabym, żeby okazało się, że leżę w szpitalu.
Że po prostu jestem ciężko chora i dlatego nie mogę być wolna.
To by już było znacznie lepsze...

Wbrew wszelkim pozorom nigdy nie byłam szczególnie dobra czy wyjątkowa.
Mojej decyzji nie zdeterminowała miłość.
Ani oddanie.
Ani strach.
Ani potrzeba przynależności.
Tylko ucieczka przed samą sobą.
I to, że ta szmata o wszystkim doskonale wiedziała...
Chciała się mnie pozbyć, a ja wyciągnęłam do niej rękę.
Z niemą wdzięcznością. Jak do cudotwórcy...
Do zbawcy...



               ________________________________________________________________

A no co?
A no jeszcze nie wracam do pisania.
Kurde, ciężko mi dalej, ale próbuję.
To jest totalne szaleństwo, zaczynam opowiadanie, w które w przeciwieństwie do Paryża nie ma zaplanowane żadnej fabuły.
Pisane na bieżąco... Więc się nie dziwcie jak spalone frytki wyjdą:D
Mam w głowie jeszcze jedną historię, taką farsę z elementami fantasy, którą sobie piszę, ale nie wiem czy to się nadaje do jakiejkolwiek publikacji.
Kocham Was Skarby<3
Jeszcze tydzień i ferie... I Soczi<3