niedziela, 6 lipca 2014

9. Tajemnice pękają

                                                                                                              miesiąc później:

Mały kotek wracał do domu, dumnie niosąc nocną zdobycz w zębach. Przeglądnął pyszczek w kałuży deszczu, po czym szybkim ruchem wsunął się pod bramę wielkiej rezydencji. Na swój zwierzęcy sposób nie znosił tego miejsca. Ale cóż z tego skoro to przez nie prowadziła najprostsza droga do oazy bezpieczeństwa. Taka, która nie grozi przynajmniej przejechaniem przez samochód, kolejkę górską, lub motocykl...
Nagle przystanął wypuszczając posiłek i wydając z siebie głośne, kwilące miauknięcie. W spód jego łapki wbił się wielki kolec od róży, na którą nastąpił.
Kwiatu leżącego wraz z paroma innymi w stercie błota.
Ból nieco go poraził, sparaliżował szybkość ruchu. W przeciwieństwie do krzyku, który rozległ się z balkonu willi- ten był tutaj na porządku dziennym. Zwierzęcy instynkt nakazałby wręcz wyostrzenie czujności w przypadku jego braku.
Ale jak widać nie musiał...
Maluch lekko kulejąc opuścił posiadłość.
Byle szybciej do domu, małej górskiej chatki, która nie była szczytem wygody i schludności.
Ale zawsze czekała tam na niego miska ciepłego mleka.
No i z pewnością kwiaty były symbolem miłości, nikt nie śmiałby tak zwyczajnie, bezceremonialnie wetknąć róży w zimną ziemię
Mały kociak był pewien. Nie chciałby mieszkać we wielkiej willi za płotem.

Chłopak i dziewczyna, kłócący się na tarasie w strugach porannego deszczu, zamilkli obserwując posępnie przygodę puchatego kłębuszka życia.
I co chyba najważniejsze oboje mu zazdrościli.
On, że nie musi się zastanawiać kto na kogo i z jakiego powodu znowu wyje.
A ona, iż nie myśli o adresacie bukietu. O tym, na jakie nazwisko został nadany.
Zamieniliby się z nim.
Chociaż na jeden krótki dzień.
Aby wyglądać słodko. I być nieustanne bezinteresownie głaskanym po kuszącym ufnością futerku.

Uczcili swoje wspólne, niesformułowane marzenie chwilą ciszy...

-Po prostu tak zwyczajnie nie chcę żebyś wróciła za kratki. Tak trudno to zrozumieć? - odezwał się w końcu Morgi.
-Zbyt się przejmujesz, serio...- popiła łykiem zimnej wody tabletkę, którą jej podał- ale nie będę, skoro Ci zależy.
-Mówisz to, jakbyś uważała, że jesteś na mojej łasce, że traktuję Cię źle, a przecież...
-Wiem. Wiem i przepraszam. To była tylko impreza. Zwyczajnie zaszalałam- znowu zaczęła się chwiać.
-Trzeci raz w tym tygodniu- nie miał już siły na wspominanie o jej zdrowiu, o szczególnej kategorii ryzyka- mała... Ty nie masz osiemnastu lat.
Świst wiatru zakrył dźwięk jego dłoni, którą zrzuciła ze swojego ramienia.
-Wiesz co Thomas?- syknęła- ja nigdy nie miałam osiemnastu lat. Nie każdy ma taką okazję.
-Alice- opadł na hamak, przeklinając w myślach własną głupotę.
-Wczoraj szesnaście, dziś dwadzieścia cztery... Przecież to takie zabawne- położyła się obok niego, sprawiając, iż delikatnie zaczęli huśtać się lecąc raz na lewo, raz na prawo.
-Nie kręci Ci się w głowie- spytał po chwili, gdy tempo odbijania się od parapetu, stało się coraz mocniejsze.
-A co, przecież to wygląda jak karuzela? Czy więc kręcąc się robimy coś czego nie robiliśmy całe życie?
-W sumie...
-W sumie to serce Cathy umarło- szepnęła brutalnie- umarło bo bije na daremne.
-Nie mów tak- rozłożył dziewczynie skrzyżowane ręce, umieściwszy delikatnie głowę na jej piersi- ono kołacze nadzieją. I czeka aż ta nadzieja zmieni się w dumę.
-Wyrosłam z rozbijania kryształów- odparła- nie chcę być już wariatką z jednoosobowego państwa. Nie chcę warczeć. Serce Cathy potrzebuje ludzi - wsadziła palce pod jego włosy, wymacując sobie puls, a jednocześnie rysując mu stanowczo koła na czole- i potrzebuje bliskości...
-Alice- spojrzał jej głęboko w oczy.
Nie wiedział czy bardziej kieruje swoje słowa do niej czy też do samego siebie- Catherine nie żyje... Ono jest teraz twoje. I to nie ono pragnie, tylko twoje wnętrze. Nie możesz się wiecznie zasłaniać istotą, której tu nie ma... Od ośmiu długich lat.
A jeżeli serio by biło w rytmie wyrzutu- dodał w myślach - to ten wyrzut nie jest przeznaczony dla Ciebie mała...
-Dorastam- podsumowała jego wypowiedź po upływie bolesnego dla nich obojga kwadransu - masz chusteczki do nosa?
Szybkim ruchem wyjął ze stojącego, przy zejściu do ogrodu kredensu paczkę i zaczął ocierać jej łzy z policzków.
-Wszystko na swoim miejscu, nawet chusteczki... Jak to jest być bogatym? Móc jechać dosłownie wszędzie? Przyjemnie?
-Mała, a jak to jest tkwić w ciemności?- zrobił kolejną chwilę przerwy- właśnie tak. To co tu widzisz to moja, prywatna otchłań...
-Nie jesteś szczęśliwy?- jej spojrzenie wręcz błagało o pozytywną odpowiedź. O pewność, że ból, jaki na jego własną prośbę obiecała mu sprawić, nie będzie aż tak silny.
-Czasem jestem. Albo mi się tak wydaje. Czasem nawet myślę, że kocham swoją dziewczynę, wiesz?
Allie poczuła, naciskające na nią serce Cathy.
Protestujące za nie obie.
Właściwie, do tego dnia nigdy nie naciskała na jego życie. Zbliżała się do niego przez opowieść o samej sobie. Zaczęła od nieszczęśliwego dzieciństwa, które samo w sobie plątało już wszystko.
To on pomógł jej odkryć ile z niego jest prawdą, a ile wymyśliła jej własna zakryształowana głowa.
Ile bólu zadali jej ludzie, a ile sama przypisała potędze ich okrucieństwa.
Przelecieli też przez wizję wszystkich ośmiu więziennych lat.
Wspierał ją bardziej niż każdy, możliwy psycholog.
Nie posiadał szufladek, do których próbował ją posegregować, po rozłożeniu na części pierwsze.
Nie zamykał jej w ramach codzienności, zabraniając marzyć.
Nie szukał na skróty drogi do jej umysłu.
Nie był terapeutą, nie musiał być dla niej łagodny, wtedy gdy potrzebowała mocniejszego wstrząsu.
Umiał krzyknąć.
Wzbudzał w niej dziecięcy bunt, doprowadzający do żarliwego przyznania mu racji, w wielu kwestiach.
I pragnienie, aby zrozumiał jak bardzo się myli.
W tej jedynej.
Został dla niej ojcem, matką, bratem, całą rodziną i najbliższym przyjacielem.
Ale był też niezamierzonym sprzymierzeńcem jedynej osoby, której imienia nie mógł zakryć czas.

- Zrobię coś do jedzenia- wstał zakołysawszy hamakiem.
Zwinęła się w kulkę.
Blondyn natomiast jakby czytając jej w myślach, chciał jak najszybszej przerwać ten poranek.
Scena z małym kotkiem spowodowała, iż drżał. To była jedna z tak zwanych "Chwil", pisanych z dużej litery. Spojrzenia, jego i Alice biegnące za zwierzakiem, a potem zatrzymujące się na swoich twarzach. Pojedynek na miny, który dziewczyna pozornie pozwoliła mu wygrać.
To wszystko miało wymiar wręcz mistyczny, sakralny i nienaruszalny.
A przecież "Chwile" nie mogą trwać wiecznie. Sekunda przeciągnięcia w jedną lub drugą stronę sprawia, iż zamieniają się w nic nieznaczące epizody.
Powtarzał sobie, że właśnie dlatego przebił bańkę niezwykłości, wracając do imprezowych wybryków Weiss.
Ale tak wcale nie było.
W rzeczywistości się bał.
Nie tego, że on i Alice przekroczą granice między rozsądkiem, a namiętnością. Że to, iż są kobietą i mężczyzną przeważy nad ich świeżo narodzoną przyjaźnią. 
Takiej opcji nawet nie brał pod uwagę.
Chodziło o to, jak bardzo stali się nierozerwalni, jak wielka zmiana zaszła w Małej, od dnia w którym odebrał ją z więzienia. Była zupełnie inna.
I on też się zmienił.

A jednocześnie wiedział, że przecież nie będą mieszkać razem i spędzać poranków tuląc się na hamaku w nieskończoność.
Allie wyjedzie.
Natomiast co ty zrobisz chłopie, to już nikt nie da rady przewidzieć. 
Zrozumienie, że Catherine odeszła to tylko pierwszy krok...

Jakby na potwierdzenie swoich myśli w pokoju zamiast swojej narzeczonej zastał małą, pomarańczową karteczkę:
"Czekałam na Ciebie cały ranek, podczas gdy ty jak widać wolisz przytulać naszego zadufanego w sobie gościa. Więc posłuchaj. Przejadło mi się czekanie, o naszym ślubie gadają wszyscy od dawna. Masz dzień wolny, pomyśl wreszcie. Chcę już mieć datę- konkretną. Wiesz, nie jestem panienką czekającą w domu aż wrócisz z zawodów, mam swoje życie, swoje plany, swoją karierę. 
I jeszcze jedno- to też moja posiadłość. Więc dzisiejszy wieczór chcę spędzić w niej z tobą.
Akcentuję słowo - SAMA.
Wrócę o dwudziestej. 
Maja
PS. Miesiąc, na który się zgodziłam właśnie mija".
-Cholera- wysyczał przez zęby.
Widać warczenie było zaraźliwe. Coraz bardziej przejmował je od Allie.
Żałował, iż postanowiła wyrosnąć z opieki nad kryształkami. Chętnie podarowałby jej nowe ciskając czymś szklanym o podłogę.
Na przykład, któraś kryształowa kula nadałaby się idealnie.

Zanim się oglądnął, Weiss była tuż obok.
Nic nie dało się przed nią ukryć.
-Mam się wynosić?- zapytała wprost - wiesz, że ja nie lubię komplikować prawdy.
Jakaś różnica pomiędzy nami...
To pytanie przypomniało mu ich wymianę zdań z przed jakiś dwóch tygodni:

-Jestem żałośnie naiwna?- spytała przerywając analizę swojego życia, dokonywaną podczas gotowania spaghetti.
-Nie żałośnie, ale tak Alice- odparł szczerze.
-Czyli jesteśmy siebie warci- zakończyła, rozgniatając tryumfalnie czosnek.
I przeszła bezpowrotnie do tematu makaronu.

-Musisz zostać -westchnął- chcę, żebyś jeszcze została. Jeszcze nie skończyliśmy...
-A co zrobisz?- pokazała palcem na pogrubione długopisem słowo "ślub".
-A co mogę? Ożenię się z nią. Nie stało się nic co sprawi, że mogę cofnąć to słowo. Wiedziałem czego chcę, jesteśmy razem od lat...- przerwał napotkawszy zimne, smutne spojówki.
-Nic się nie stało? Serio tak wierzysz w pieprzone przypadki? Wierzysz, że ktoś tak nagle ładuje Ci się do domu bo los tak chciał?
-Allie- przeklął bezpowrotne mijanie piękna Chwili.
-Żadna Allie. Będę szczera... Moja siostra miała małego motylka. Wytatuowanego. Na łopatce.
-Słucham? Ale co to ma do...
-Tak... Wiesz? Wszystkie kobiety tatuują sobie motylki na łopatce i to lewej. Taka moda, takie prawo. Jak ktoś tego nie zrobi idzie do więzienia... Nieprawdaż?
-Wiem... Może przypomniało Ci się coś złego, ale to zbieg okoliczności Skarbie- spróbował ją przytulić.
-A może tobie by się coś przypomniało. I może nie kobiety tylko modelki to robią? Przypadkowo, wcale się nie znając.
-Przyniosę Ci lekarstwa- wyszedł kręcąc głową.
Ale coraz mniej podobało mu się to wszystko... Poznał Allie. Jaką mógł mieć pewność, czy znowu nie miesza realnego świata z fikcją?
Tymczasem ona usiadła na fotelu, ponownie zacząwszy płakać:
-Serio jesteś tak głupi, czy chcesz takim być?- pytała samą siebie.
Po czym jej wściekłość sięgnęła zenitu. Utkwiła wzrok w plakacie przedstawiającym reprezentację Austrii na nadchodzący sezon.
Wyróżniał się z pośród nich wszystkich. Był taki pogodny, zawsze gotowy aby się pozbierać i żyć.
Miał coś w sobie. Co cieszyło oko, ale na dłuższą metę okazywało się cholernie destrukcyjne.
-Mała?- znów ten głos z dołu - jak chcesz ze mną jechać na trening to zacznij się proszę zbierać...
-Jasne- odkrzyknęła. Już dawno obiecał jej, że przy pierwszej, lepszej okazji zobaczy skoki na żywo.
Westchnęła, jeszcze raz analizując twarze członków zespołu. Młodsi z nich znani jej byli jedynie z nazwisk. Tą resztę jednak ciągle miała w pamięci, mimo iż widziała ich tylko ten jeden, krótki raz.
Brata Cathy i kumpli Morgiego kompletnie nieświadomych, planowanego zamachu na spokój ich kolegi.
Siedzieli zahipnotyzowani widokiem blond piękności, która mogła wyciągnąć z nich wszystko czego tylko pragnęła dowiedzieć się o swojej "ofierze".
Alice pamiętała, że sama właśnie wtedy się domyśliła.
To właśnie wtedy jej dziecinny umysł pojął do czego dąży Caroline...
A jeszcze poprzednie serce zamieniło przywiązanie do siostry w dozgonną nienawiść.
-Oj tak- zaśmiała się- jeszcze nie wygrałaś moja droga...
Szybkim ruchem podniosła z parkietu pomarańczową karteczkę dopisując na niej drukowanymi literami słowa: "NOWY PLAN".
A pod nimi jeszcze dwa inne, pogrubione równie mocno jak "ślub" modelki.
Plus podpis.
Po czym odwróciła się ponownie w stronę plakatu chcąc się upewnić, że dobrze zapamiętała imiona chłopaków z tamtego wieczoru.
I poszła do łazienki.

Piętnaście minut później Thomas schodzący do hallu, zastał ją ćwiczącą  chodzenie na wysokich, czerwonych szpilkach.
Jeszcze bardziej intensywnie wyzywający kolor miała szminka, którą pokrywała właśnie usta.
Przystanął opierając się o poręcz.

Miałaś dorastać Mała...

-Jestem gotowa- odparła mu w międzyczasie- nie lubię jak bujasz w obłokach.
-I wszystko już dobrze?
-Taaak... Bierz z Mają ten ślub skoro musisz...
I nie martw się o rozwód- dodała w myślach - nie będzie Ci potrzebny.

Żadna instytucja nie będzie potrzebowała więcej niż pięciu minut czasu aby unieważnić takie małżeństwo.

     _____________________________

Beznadziejny antytalent znowu zniknął na długo.
Cóż rzec? Znowu życie.
I sytuacja, na którą nikt nie był przygotowany. Inna od wszystkich poprzednich problemów.
Ale wracam i zabieram się za zaległości, które jak widzę nie są aż tak ogromne jak przypuszczałam bo trochę ucichł nasz blogowy świat.
Oby nie na długo.

To tutaj się już kończy. Po malutku i nareszcie. I pewnie jakiś lotny umysł, w który jesteście wyposażone zaraz odgadnie w czym rzecz.

Kocham Was wszystkie<3
I postaram się być, choć nie ukrywam, że zwyczajnie nie wiem co będzie.

niedziela, 15 czerwca 2014

8. Bieguny przeciwstawne

Rytmiczne zawroty głowy rozsadzały ją od środka, a całe ciało skręcało się chcąc odmówić posłuszeństwa. Ręce i nogi pragnęły stać się zwierzęcymi łapkami, które w cztery były w stanie lepiej utrzymać ciężar.
Mogłyby wykopać norę.
Zaszyć się w niej.
Uciec przed przestrzenią. Nie musieć spoglądać na drzewa, kwiaty, trawę i chmury widniejące na niebie.

Czuła, że mała torba, której całą zawartość stanowiły dokumenty, szczoteczka do zębów i dwie czy trzy szmaty jest dla niej zbyt ogromnym
balastem. I może lepiej było by gdyby pociągnęła ją w stronę ziemi, rozbijając głowę i kończąc całe to żałosne, krótkie życie?
Bądź co bądź, wierzyła, że niebo istnieje. Istnieje i rekompensuje wszelki ból, złość i niesprawiedliwość zaserwowane przez życie.
Nie miała już siły aby być młoda, aby szaleć z chłopakami. Aby mieć koleżanki, znajomych czy plany na życie.
Bo kto zada się z kryminalistką?

Tak przedstawiały się sprawy z egoistycznego punktu widzenia. Ten altruistyczny wiele się jednak od tego nie różnił.
Jej siostra z okazji jej śmierci wydałaby pewno ogromne przyjęcie. Choć może nie cieszyłaby się aż tak bardzo, jak w dniu, w którym w gmachu podrzędnego, wiedeńskiego sądu ogłoszono wyrok?
Rodzice byli zaś za granicą, ulokowani tam w wygodzie przez swoją umiłowaną córcię, na którą przepisali cały majątek.
Młodszemu dziecku nie zostawiając żadnej furtki ratunku.
Nic, poza samotnością.
Na domiar złego był jeszcze ten chłopak. Ciekawy, uparty i zaciekły.
Allie musiała przyznać, że ją wkurzał. Lecz jednocześnie miał w sobie coś co złamało jej barierę i co sprawiało, iż nie chciała aby ucierpiał. A doskonale zdawała sobie, że Caroline nie śpi i tak łatwo nie daruje mu popsucia jej idealnego planu.

Młoda Weiss wypluła na ziemię krople przeradzającego się w grad deszczu, które wpadły jej do ust, po czym z bólem spojrzała na zamykającą się za nią bramę zakładu karnego.
Już za nim tęskniła.
To był niezależnie od wszystkiego jej jedyny, prawdziwy dom.
Tupnęła nogą, jakby w geście buntu.
I wtedy przypomniała sobie, że blondyn na nią czeka.
Stał dosłownie dwa kroki od niej, machając delikatnie ręką.
Obawiał się podejścia. Podczas kilku krótkich widzeń, nauczył się już jak postępować z Alice. Musiał to robić tak, aby ciągle myślała, że to ona ma nad nim przewagę, że trzyma go w szachu.
Pierwszy ruch zawsze powinien należeć do niej. Mu pozostawało cierpliwie czekać na ostatni.
I dokładnie go zaplanować.
-Hej- wyrzucił z siebie wreszcie- witaj na wolności.
(Może i nie było to jakieś szczególne powitanie, no ale przecież nikt nie kształci skoczków narciarskich w zakresie tego, jak postępować z ludźmi, świeżo wypuszczonymi z celi).
Dziewczyna bezsilnie położyła mu głowę na ramieniu.
Nie wiedział czy śmieje się czy płacze.
Bezwolnie pozwoliła się mu wziąć na ręce i wsadzić do samochodu.
Zresztą oboje przemokli przy tym do suchej nitki.
Posadził ją na przednim siedzeniu, odsunął fotel do tyłu i okrył przyniesionym z bagażnika kocem.
-Śpij- wyszeptał.
Żal mu jej było, strasznie. I gdy trzymał ją w ramionach poczuł lekki wstyd z racji tego, iż jego myśli tak bardzo zajmowała ostatnio jej wyrodna siostra. Bynajmniej wcale nie w negatywny, przesiąknięty potępieniem sposób.
-Nie mogę spać- usłyszał po chwili- nie umiem.
-Jedziemy do centrum Wiednia- odparł- musisz coś zjeść, a do domu mamy z dwie godziny drogi. Zresztą, chyba nie przepadasz za zieleniną?
Za wszelką cenę próbował nie tracić z nią nici kontaktu.
-Thomas?- zwroty personalne nie były zbyt częste w jej wykonaniu- masz czekoladę?
Pospiesznie wręczył jej przygotowany biały smakołyk.
-Bąbelkowa- wyjaśnił- smakuje najlepiej jak się ją przeżuwa. Tak bardzo powoli.
-Nie lubię jeść powoli- odpyskowała zaraz- bo zaraz mi weźmiesz.
-Alice- zaprzeczanie nie miało najmniejszego sensu- wolę miętówki- postanowił w troszkę inny sposób oznajmić małej, że nie czyha na jej zdobycz- choć one też są białe od środka.
-I ładnie pachną- zbliżyła twarz do zielonego papierka, który trzymał w palcach.
Po czym nagłym ruchem, ujęła jego zawartość w usta.
-Tak to jest- skomentowała.
Morgi pokręcił głową.
-Dobra, objaśnię Ci wprost. Wszystkie słodycze w tym aucie są do twojej prywatnej dyspozycji, rozumiemy się?
-Serio?- zaczęła bawić się we włączanie i wyłączanie świateł samochodu.
-Serio, serio. A jakbym się do czegoś próbował dobrać to możesz zjeść mnie.
To najwyraźniej ją uspokoiło.

-Allie, przecież ty cała przemokłaś- skomentował po chwili- nie mogli Ci dać parasola? Tylko ten T-shirt?
-Miałam sweter. Tylko mi go taka baba z celi zabrała.
-Tak zwyczajnie?- ciągle nie rozumiał jeszcze realiów mrocznego świata.
-Miała tatuaże- wytłumaczyła dobitnie dziewczyna- więc wolałam z nią nie zadzierać. Jedziemy do centrum handlowego?
-Ehmmm. Chyba musisz coś sobie kupić cieplejszego, co nie?
Starał się to powiedzieć jak najdelikatniej bojąc się, iż Weiss pomyśli, że jest na jego łasce.
-A mogę iść do fryzjera?- usłyszał tymczasem zamiast protestu.
Ta istota nigdy nie miała chyba zamiaru przestać go zaskakiwać.
-Teraz?
-A czemu nie?
-Miałaś coś zjeść ciepłego?
-Nie chcę. Chcę, żeby mi grzywkę zrobili. I pofarbowali na kasztanowo. Nigdy już nie będę blondynką, mowy nie ma.
-Ok- westchnął- dziś się zgodzę. Ale od jutra zaczynasz o siebie dbać, zgoda?
-Swoim kobietom też tak tatusiujesz?- wyskoczyła na zewnątrz urywając dyskusję- i przestań się tak stroić- dodała patrząc jak maskuje się za pomocą ogromnych okularów i czapki.

  Podczas następnych dwóch godzin magiczne używki zamieniły jej poplątane włosy w ciemniejsze i sprawiające wrażenie gęstszych pasma. A do tego doszła jeszcze skórzana kurtka, kilka bluzek oraz niezbyt adekwatna do słowa "ciepły strój" czerwona sukienka.
Alice każdy kolejny element garderoby z początku traktowała z niechęcią, później z obawą, aż wreszcie wszystkie negatywne emocje przeradzały się w gorący entuzjazm.
Morgi jednak z przerażeniem zauważył jak trudno znaleźć cokolwiek pasującego na nią, poza znajdującymi się w niektórych sklepach działami dziecięcymi.
A im bardziej coś odsłaniało jej ciało, tym bardziej jeszcze budziło w nim lęk.
Wreszcie poszli na obiad, chociaż świeżo upieczona szatynka, chciała słyszeć tylko i wyłącznie o deserze.
I mogli porozmawiać.
Zadać pytania, które cisnęły się im obojgu na usta. Bo właściwie każdemu ciągnęłyby się w takiej sytuacji.
-Ciężko było wyciągnąć mnie zza kratek?- zagadała.
-Nie... Nie bardzo. Adwokaci mogli łatwo ośmieszyć wymiar sprawiedliwości, gdyby ten nie chciał się zgodzić. Plus stwierdzili, że ty pewnie nic nie zrobiłaś...
-A guzik- warknęła- bo w teorii zrobiłam to wszystko, moja siostrzyczka nawet miała nagranie. Tylko wcale nie jestem psychopatką. Ja po prostu...
-Tak...?
-Cathy i Caro... One parły na karierę. Miały tysiące pomysłów i nic nie potrafiło ich powstrzymać.
-Moja Cathy, padła na pieprzoną karierę? Dziecko, ty wiesz o czym mówisz.
-Ona taka nie była. To wpływ tej ,tej kretynki. Thomas, ja myślałam wtedy, że one są biedne, że Ci wszyscy ludzie chcą je skrzywdzić, ten świat sławy... I że jak ja pomogę, to stanę się taka jak one, śliczna i inteligentna. I... Że będą mnie szanować.
-Szszszsz, staram się coś z tego zrozumieć. Więc po kolei. Cathy była wtedy w tym klubie?- starał się udawać, że zachowuje spokój.
-Nie, akurat nie. Więc moja siostra wzięła zamiast niej mnie, aby użalać się, że ma psychiczne dziecko w domu.
-Boże...
-Ona taka jest- krzyknęła Alice-  nic jej nie zatrzyma. Potrafiła uwodzić mężczyzn dziesiątkami, grać na ich uczuciach, doprowadzać do bijatyk i awantur. Z silnych przystojniaczków robiła miękkie, zaryczane baby. I... Szczerze mówiąc niewiele się zmieniło. Musisz mi uwierzyć.
-Cholera, czy ja Ci choć raz zasugerowałem, że kłamiesz?
-Po prostu... 
-Wal.
-Miałeś romans z moją siostrą? Jak Cathy jeszcze żyła?
-Tobie odbiło?- w tym momencie wszelkie granice zostały złamane.
-Przepraszam... Ja tak sobie zwyczajnie myślałam.
-To nie twoja wina- przygarnął ją do siebie - każdego innego, ale nie twoja.

Gdy znaleźli się w Tyrolu, dziewczyna miała już zamknięte oczy i nie odzywała się ani słowem. Nie mógł jej już więc pokazać zachodu słońca, ani zachęcić do lekkiego spacerku.
Zresztą nie było to takie złe. W jej stanie ten dzień dostarczył wystarczająco dużo wrażeń.
Ponownie wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju gościnnego. Gdy spała z jej twarzy znikał cały grymas. Wzbudzała mniej strachu i litości. A znacznie więcej takiej ludzkiej więzi, którą - gdyby relacje na tym świecie były choć minimalnie prawidłowe, każdy człowiek żywiłby do każdego człowieka.
Oparł jej głowę na poduszce, opatulił kołdrą i położył obok świeżo kupioną piżamę. Jak będzie trzeba znajdzie łazienkę...
Ciągle nie mógł zapomnieć jej absurdalnego pytania o piękność, której nie widział nigdy w życiu. Bo przecież Alice, zawsze była troszeczkę inna. A co jeżeli swoimi wziętymi znikąd podejrzeniami podzieliła się z Catherine?
I jeszcze zrobiła to z tak zaciekłym przekonaniem, co w chwili, w której oskarżała go o to w restauracji.

Wcale nie zasnęła.
Gdy szedł z nią po schodach myślała tylko o ciepłej, świeżej pościeli, w której miała się wyłożyć.
O tym, że jak odpocznie zrobi sobie długą kąpiel.
O tym, że nikt nie obudzi jej o czwartej rano rzucając jej kamieniem w głowę.
Albo garnkiem.
Albo książką.
Nie było różnicy.
Ale potem gdy zasłony opadły, a jego kroki w hallu ustały, znów opanował ją strach.
Od jakiegoś czasu udawała - problemy psychiczne. Znacznie głębsze niż te, które dręczyły ją w istocie. Uznała, że udawanie głupiej może pomóc jej w osiągnięciu wyznaczonego celu.
W zemście na siostrze.
Niekrwawej, niezbrodniczej a inteligentnej. Takiej, która zaboli najbardziej - jednocześnie uczciwej.
Czuła, że jej ulżyło. Nie musiała wcale krzywdzić tego chłopaka, czego tak bardzo, szczególnie po ostatnich godzinach nie chciała robić.
Wręcz przeciwnie - dobro ich obojga szło ze sobą w parze.

A potem każde pójdzie dalej swoją drogą...
                                                     ~~~~*************~~~~

Korzystając z braku porannego treningu, spał bardzo długo, praktycznie zapominając, iż ma Alice pod własnym dachem.
Przypomniawszy sobie o niej, chciał natychmiast zobaczyć jak sobie radzi.
Wesprzeć w powrocie do życia.
Jednak to co zobaczył, przekroczyło cały zasób jego wyobraźni.
Szukał znaków życia w domu po omacku i na próżno.
W pokoju dziewczyny zastał starannie pościelone łóżko i ubrania złożone na kupce.
Jednak jej samej na piętrze nie było.
Zejście na dół, było dla niego okropne. Przypomniało mu o dniu ,w którym tak długo szukał Cathy w maleńkim mieszkaniu.
Przed ich ostatnią nocą...
W końcu coś skusiło go aby zajrzeć do kuchni.
Oniemiał.
Alice i Maja siedziały na krzesłach, kroiły pomidory na sałatkę i rozmawiały ze sobą, jakby znały się od zawsze.
Ustawił się sztywno, próbując przewidzieć co będzie dalej.
-Słuchaj Al - usłyszał - chyba obie mamy nie po drodze z twoją siostrą, więc co powiesz na...
-Kochasz go?- przerwała Weiss.
Jednak ubrała tę czerwoną sukienkę. 
Mimo deszczu.
-Na swój sposób, tak - odparła modelka - na swój prywatny. Odróżniam pracę od miłości, interes to interes. Ale jeżeli na kimś mi serio zależy to tylko na nim, choć się do tego nie przyznam. To by było nieprofesjonalne. A ty co, zazdrosna?
-Nie jestem głupia- syknęła mała podnosząc się z miejsca.
Morgi odskoczył od ściany, za którą stał, po czym schował się w łazience.
Na szczęście- jak myślał- żadna go nie dojrzała.
Szkoda tylko, że nie usłyszał słów, które padły chwilę później...
                ____________________________________________________________________

Chyba zaczynam choć trochę lubić to opowiadanie, choć nigdy wcześniej mi z nim po drodze nie było.
I nie wiem czy jeszcze coś napiszę przed wyjazdem, więc jakby co to przepraszam, że znowu nie będzie komentarzy od piątku.
Chyba, że będą hotele z Wi-Fi, ale to wątpliwe.
                                      Buziaki :*  


sobota, 7 czerwca 2014

7. Caroline

Wyglądało, że mgła postanowiła zakryć Alpy na dobre.
Zasłonić świt, który właśnie wstawał.
Nie pozwolić cieniom stojącym w oknach określić gdzie jest wschód, a gdzie zachód.
Gdzie kamienie będą lecieć z nieba, a gdzie powietrze zgęstnieje z nadmiaru śmiechu.
Gdzie przyszła pora na dzień śmierci, a gdzie na dobę zbawienia.
I w sumie nie miało to jakiegoś większego znaczenia.
Nie zależnie co się miało wydarzyć trzeba to przecież było przetrwać, nieprawdaż?
Lubił takie poranki.
Lubił wybiegać z domu, wyposażony jedynie w dres i stare dżinsy w pośpiechu zamienione ze spodniami od piżamy.
Lubił gdy nikt nie wytykał mu kim jest.
Tym razem jednak nie było prosto.
W głowie miał tylko Alice, jej smutne, zaopuszczone ciało.
Więzienny brud i spaleniznę.
Czytał kiedyś, że nawet rok za szczelnymi murami równa się dożywociu, że zmienia życie na zawsze.
Mu wystarczyła ta cholerna chwilka.
Włożył do uszu słuchawki i wykręcił numer komórki, którą ostatnio kupił Weiss.
Nie odbierze.
Będzie udawać nienaruszalną i pełną nienawiści.
Ale w końcu oddzwoni.

Tak jak przypuszczał świat był okrutny i nieczuły. Gdy wielka gwiazda skoków narciarskich, adwokaci, a co za tym idzie i media wtrąciły się do sprawy, uwolnienie przedterminowo zza kratek młodziutkiej dziewczyny z problemami psychicznymi przestało stanowić jakikolwiek problem. Wszystkie służby stały się nagle miłe i bardzo skore do pomocy. 
Widzieli się przez ten czas parę razy. I właściwie nie zdążyli jeszcze porozmawiać o Cathy. Gdy tylko mała kończyła przyniesioną jej tabliczkę czekolady, chciała uciekać. 
Nie chodziło wcale o to, że bała się ludzi. Bo ona się nie bała, umiała walczyć, umiała postawić na swoim. 
Bała się jego, gdy starał się ustalić z nią relację równego z równym. Chciała się trzymać tylko układu. Ktoś nauczył jej mózg nie wierzyć w bezinteresowność.
Morgi stwierdził, iż najlepsze będzie uznanie jej publiczne za odnalezioną kuzynkę. Zawsze był cholernie rodzinnym człowiekiem, więc to co dla niej robił wydawało się oczywiste.
Obca więźniarka w domu, mogłaby natomiast wydać się przyczyną piekła.
No i została jeszcze Maja. Najgorsza możliwa "pomoc" w takiej sytuacji. Te dwie pod jednym dachem mogły się tylko pozabijać. Cięty języczek kontra pięści. Hmmm, jedyne w czym były podobne to waga. Z tym, że jego narzeczona żywiła się sałatą i ogórkami z wyboru. A u Alice wszystko poza białą słodyczą wywoływało odruch wymiotny.
Wzrok tej dziewczyny błagał o pomoc. Trzeba będzie ją zaciągnąć do psychoterapeuty, pozbyć się tego czegoś co być może świadczyć o jawnej anoreksji. Załatwić fryzjera, który naprawi jej włosy i kupić ubranie. Normalne i nie czarne.
Nigdy jeszcze nie zapytał jej o coś kluczowego. Dlaczego się przyznała do pchnięcia nożem jakiegoś gościa, którego nigdy nie widziała na oczy? Dlaczego skoro nie pamiętała nic to to właśnie pamiętała? Wpadła w dziecinną wersję psychozy czy kogoś kryła? I wreszcie czy Catherine tam wtedy była? Czy ten wieczór w podmiejskim klubie i ten drugi, podczas którego patrzył w zamknięte oczy swojej wariatki miały jakiś związek?
Nie ukrywał najchętniej rozwiązałby swoje tajemnice, po czym wywalił Weiss na bruk. Jednak przy jego charakterze było to niemożliwe. Przygarnięcie bądź co bądź kryminalistki było krokiem nieodwołalnym. Zamkniętymi drzwiami.
Zostałeś właśnie ojcem Thomas, gratulacje.
Choć gdyby trzymać się faktów jesteś tylko pięć lat starszy od swojego dziecka.
EWENEMENT.

Patrzył na budzące się do życia góry i nagle poczuł jakby kieszeń dżinsów zaczęła go palić. Wróciła scena z celi. Złowroga twarz Allie, jej zaciśnięte usta gdy wsadza mu w dłoń zdjęcie.
Zdjęcie, którego imię było kluczem do odpowiedzi.
-Caroline...-wyszeptał.
Kucnął opierając się o płot jakiegoś pastwiska i wyciągnął zmiętą fotografię.
-Dalej jesteś taka piękna?
W sumie miał przed sobą wizerunek sprzed ośmiu lat. Blondynka była na nim nastolatką. Ale jednocześnie już stanowiła materiał na okładkę gazety.
Kurde, może dlatego Cathy ich ze sobą nie poznała? Bała się. I co najgorsze mogła mieć czego.
Ale przecież jednocześnie ta piękność potraktowała własną, rodzoną siostrę jak zwykłą szmatę i psa.
Młodszą, chorą i ufną - barbarzyństwo.
Godne najwyższego stopnia potępienia.
-Caroline...
Teraz to już kobieta, jak to ją nazwała Alice - "zabójcza". 
Nie mógł oderwać wzroku od kawałka papieru. Nigdy w życiu nie czuł czegoś takiego. Nigdy nie gapił się na wizerunek obcej kobiety z taką chorą fascynacją w oczach. Z czystym pociągiem, z którego nie wynika żadna tak zwana dobra więź. 
Zawsze był zwolennikiem bliższego poznania, szukania dookoła siebie, a nie w odległych światach.
Jednak ta panienka łączyła wszystko co go spotkało. Miała magię wziętą z Catherine, miała kpiący uśmieszek i jaśniutkie włosy Mai. Miała rysy każdej jego pomniejszej miłostki, której zdarzyło się przyplątać pomiędzy tymi dwoma głównymi.
Faceci musieli się o nią tłuc.
I może mała chciała ją po prostu zawsze bronić?
Może.
Raz jeszcze wyjął z kieszeni telefon i zabrał się do pisania sms-a:
"Alice, będziesz chciała się spotkać z siostrą?".

Zawsze mógł się usprawiedliwić, iż kierują nim wnioski altruistyczne.
Bo przecież kierowały.

Zdjęcie Caroline miał mocno ściśnięte w ręce, jeszcze gdy zbliżał się do bramy, swojej nowej świeżo zakupionej willi.
Kolejnego jasnego dowodu niekonsekwencji partnerki.
To Majkę irytowała odległość jaką musiała przejść z głównej łazienki do sauny.
Z kuchni do sypialni.
Z garderoby, do miejsca, w którym leżały przyrządy do makijażu.
A jednocześnie to Majka odrzuciła z dziesięć oglądanych domów, pod tym samym pretekstem: "za małe".
Boże, czemu ona musiała zawsze być taka sztuczna?
(I czy kiedyś też taka była? A może miała w sobie brutalne piękno "C"?
Cathy z pewnością nie miała z przyjaciółki nic.
W sumie paradoksalnie wszystkie trzy były rówieśniczkami.
-Kochanie? Kto to jest?- niespodziewane pojawienie się narzeczonej wprowadziło go w szok.
Zmiął fotografie z taką prędkością jakby został już co najmniej przyłapany na zdradzie.
-Maja, miało Cię dziś nie być?
-Ale jestem- zamrugała oczami - i zjemy dziś razem śniadanie, nieprawdaż? Rób co chcesz, ale jeżeli ta anorektyczka, którą chcesz miłosiernie sprowadzić do domu ma jakiś związek z nią - położyła obcas na zwitek- to liczyłam, że jesteś mądrzejszy.
Thomas popatrzył na nią z miną głupca.
Czuł się jak głupiec. Bo mimo, że nigdy nie skorzystał z praw, które otrzymał w tym stanie rzeczy, modelka na każdym kroku przypominała mu, iż to w co się uwikłali jest wolnym związkiem.
Aha. A będzie wolnym małżeństwem?
I tylko jedną scenę zazdrości w jej wykonaniu mógł sobie przypomnieć:
"Idź na dziwki, proszę bardzo, ale nie myśl już o tej samobójczyni."
Z biegiem czasu nawet Cathy przestała jej wadzić. Zrozumiała, że jego pamięć nie równa się niegasnącej miłości.
Więc co działo się teraz? Przecież to zdjęcie było zrobione na tle Wiednia, nie miało żadnych podtekstów erotycznych...
-Ona tu była- szeptała ciągle dziewczyna- i zostawiła Ci telefon. I nie życzy sobie żebyś jak to ujęła "wpierdalał się w jej życie rodzinne". Idziemy na górę...
Czując jak blondynka coraz mocniej ściska mu dłoń, rozważał różne opcje.
Zastanawiał się czy one się czasem nie znają. Albo czy siostra Alice nie jest jakaś tajemną damą z kryminału, która przyłożyła jego narzeczonej pistolet do głowy.
Ale przecież Maja nie daje sobie w kaszę dmuchać. Skończyłoby się na policji.
Wreszcie zrozumiał, że wyjaśnienie jest tylko jedno.
Caroline Weiss musi być nadal piękna.
Jeszcze bardziej pociągająca niż wówczas...
             ______________________________________________________________________

A no mam już więcej czasu. Jeszcze ostatnie sprawdziany zostały, ale zaliczyłam moją genetykę i to tak pięknie, że muszę to jakoś uczcić bo sama nie wierzę:p
Życie jest piękne tak ogółem mówiąc.
Aha i pamiętacie to coś co miało być kontynuacją Paryża?
Otóż myślę, że trudno to nazwać kontynuacją, ale nie będę wam może tłumaczyć.
Szczegóły są tutaj: Po Paryżu...
Pierwszy raz postanowiłam też ogarnąć bloggera od strony graficznej ;D
Buziaki:*


poniedziałek, 5 maja 2014

6. W krainie cienia.

                           dwa miesiące później:

-Proszę chwilę poczekać. Będzie  pan miał dziesięć minut.
-Oczywiście- skomentował posępnym głosem.
Szklana szyba uchyliła się, ukazując jego oczom metalową kratę.
Utkwił wzrok we własnych butach, próbując wytrzeć je zabrudzoną chusteczką do nosa.
Miał wrażenie, że słońce eksplodowało, tracąc cały świetlisty blask i pogrążając planetę w mroku.
Albo, że zszedł do mitycznych podziemi, a gdy spróbuje uciekać, jakiś tajemny stwór o trzech, pięcu, czy dziesięciu głowach, rozszarpie go na strzępy...
Nie mniej jednak próba i tak byłaby czegoś warta...
Wbił palce w siedzenie, starając się zapanować nad mdłościami oraz uciążliwym kaszlem. Mógł tylko dziękować Majce, która zdecydowała się wyrzucić z ich mieszkania całą żywność, nie zawierającą certyfikatów ekologiczno-dietetycznych (czytaj : sałata). Gdyby nie ona zjadłby śniadanie. I byłoby z nim dużo gorzej.
Dziesięć minut...
Potem stąd wyjdzie, jego podejrzenia runą w gruzach, a gdzieś spoza czeluści wyłoni się instrukcja budowy łamigłówki szczęścia. Może być inaczej?
Kraty ponownie trzasnęły.
Policzył w myślach do trzech, po czym uniósł głowę.
Nie wiedział sam co spodziewał się zobaczyć.
Chyba pokorę.
Wstyd i zmieszanie, którego nie pokazał jeszcze ekran żadnego kina.
A może wręcz przeciwnie- twardość?
Zdegenerowanie wpisane w rysy tak trwale, iż żadna komórka skóry nie wyda się już przyjazna?
W każdym z wypadków, z pewnością szok na widok obcego człowieka.
Nic z tych rzeczy.
Przed nim nie stała zbrodniarka ani ofiara.
Stało dziecko.
Dziecko ulicy, które wchłonęło już tyle łez, iż zmieniło się w przepuszczalną, łatwo wysychającą gąbkę.
Dziecko ulicy, które zamiast do przedszkola trafiło na oddział dla anorektyczek.
Wymarzony obiekt badań najbardziej nieczułych anatomów, pragnących móc wskazać każdą kość czy ścięgno.
Określić dokładnie ich długość i kształt.
Chłopak chciał tylko błagać aby przykryto ją jakimś kocem. Aby nie musiał patrzeć na te sińce.
-Maksymalnie piętnaście- jakiś policjant pchnął widmo na krzesło- gdyby coś się działo cały czas jesteśmy za szybą.
Zapadła cisza.
Jego "rozmówczyni" wzniosła oczy ku niebu, podziwiając maleńkie promyczki, wbijające się zza zadrutowanych okien.
-Cześć- palce skoczka drżały jak u starca, gdy wyciągał dłoń- jestem...
I w tym momencie poczuł ból.
Uświadamiajac sobie, iż ta kruszyna uderzyła go w twarz.
Nikt nigdy tego nie zrobił.
Od jego ostatniej awantury z Cathy.
-Ej...
-Możesz wytrzeć- więźniarka pokazała mu jego własną chusteczkę leżącą na czarnym od brudu blacie- a i możesz mi oddać, jeżeli tylko chcesz. To chyba normalne, co?
-Słucham?
- Dziś nie siedzisz za stołem jako gwiazdor na konferencji prasowej. Nie ten stół, nie to miejsce, nie ten czas. Każdy świat rządzi się swoimi prawami.
-Przepraszam... Nazywasz się Alice?
-Nie poddasz się? Widzisz tą lampę- wysyczała- ma skończyć na twojej mądrej główce.
-Miałem już wstrząs mózgu dwa razy, w ostatnim czasie. Więc chyba nawet już nie poczuje. Słuchaj cholera, starałem się dwa miesiące żeby Cię zobaczyć, więc nawet jeżeli podłożyłaś tu bombę, która wybuchnie za cztery sekundy, to ja wykorzystam te sekundy...
-Ok, załóżmy, że to kupię lalusiu. Pogadamy o twojej ukochanej i co Ci to da?
-Będę wolny- uśmiechnął się- przestanę cofać się w czasie, skończą się absurdalne wypadki podczas zawodów, zostawię narzeczoną... Albo się z nią ożenię. Ale zrobię z pewnością to co będzie najlepsze. Wahanie raz na zawsze zgubi mój adres. Słuchaj Allie, skoro po tylu latach mnie kojarzysz, choć przecież ja Cię nigdy nie widziałem...
-Alice. Nie jestem Allie, nie dla Ciebie.
-Chyba mogę Ci pomóc. Prawnicy twierdzą, iż nie trudno żebyś na dniach wyszła na wolność. Potrzebujesz lekarza, prawdziwej opieki na poziomie...
-Twoi prawnicy są wszechmogący? Zmienią mi wyrok na dożywocie?
Zignorował kolejną jej wypowiedź.
-Dziewczyno, myślisz, że nie widziałem jak patrzysz przez okno? Każdy chce widzieć świat, każdy chce iść gdzie chce i o której chce. Nie jesteś wyjątkowa, ani jedyna, nie wmówisz mi tego . Jesteś tylko nieznośna i wiesz, że na litość bierze się tylko głupców.
-Lubię głupców, wbrew pozorom. Natomiast przystojniaczkowie twojego typu są dla mnie warci tyle co moje życie. Żebyś nie musiał wysilać wielebnego mózgu - mam ich w dupie.
-Ja na serio nie próbowałem... Chcę tylko interesu... Za wzmiankę o Catherine, za numer tej dziewczyny.
-Albo i nie. Chcesz mi pomóc, bo mam jej serce chłopcze. A ty masz potworne wyrzuty sumienia, że moja siostrzyczka niańczyła ją, bo ty nie umiałeś? Bo ty robiłeś karierę?
Po tych słowach więźniarka wyszczerzyła zęby i ryknęła śmiechem, klaszcząc brawo samej sobie.
Wreszcie trafiła we właściwą strunę.
Mniejsza, że Caro nie była mamuśką dla Cathy.
Mniejsza, że wydawało się wręcz na odwrót.
Mniejsza, że te dwie dogadywały się jak siostry zostawiając młodszą Weiss w cztery oczy z samotnością.
Thomasa zabolało.
Tak jak ją wyjście zza kratek.
Czyli pomijając policzek, który nieopatrznie mu wymierzyła byli kwita.
Albo i nie.
Bo oczy blondyna się zaszkliły.
A ona nienawidziła łez.
-Morgi?- mruknęła- pogadamy zgoda. Tylko wiedz parę rzeczy. Nie będziesz po tej rozmowie pełniejszym człowiekiem, chyba, że nazywasz wypełnieniem potwora o imieniu prawda. A po drugie narażasz się. Nie na jakiś gang, czy przestępcę, broń Boże, jesteś zupełnie bezpieczny. Tylko na brzydką szkaradę czyli mnie i poznanie piękności pokroju mojej siostry. A jej przecież nikt się nie oprze, co?
-Przyjąłem- kiwnął głową- a dla równowagi ty pójdziesz na terapię. I przestaniesz się głodzić.
-Ja się głodzę?
-Nie każdy w więzieniu aż tak wygląda, wiesz? Jeszcze jakieś obiekcje?
-Tak. Nigdy więcej nie spotkasz się już ze mną w garniaku. I śmierdzący jakimiś duszącymi perfumami.
-Zrozumiano szefowo- zasalutował jej jak żołnierz w wojsku.
-I już ostatnie... Przyślesz mi...
-No, nie krępuj się, przyślę. Ja już słyszałem od kobiet wszystko.
-... tabliczkę białej czekolady?
Wyciągnąła rękę na zgodę.

Targ został dobity.

-W  sumie to zabawne- zegarek rozpoczął odliczanie ostatnich dwóch minut ich widzenie- kwadrans temu chciałam Cię zamordować tą lampą, a teraz mi Cię żal.
-I wzajemnie- palnął- kto wie co się jeszcze stanie?
-Pójdziemy ze sobą do łóżka za trzydzieści sekund?
Skoczek zakrztusił się własnym oddechem.
-Żart. Tu nawet nie ma łóżka. Ale może być jeszcze gorzej, zakochamy się w sobie, czemu by nie?
Znowu nie uraczył jej odpowiedzią.
-Thomas?
-Co?
-Brałeś kiedyś jakieś prochy?
-Słucham dziewczyno?
-Ja też nie, paradoksalnie. Ale każdy ma swój dopalacz, tylko nie wie co nim jest. Co go pcha do przodu.
-Prawda za wszelką cenę, chyba...- wymamrotał.
-Koniec widzenia- do pokoiku władował się strażnik, mocno chwyciwszy Alice za rękę.
-Bo widzisz- wyrwała się szepcąc mu do ucha- moim jest zemsta...
Wyjęła z kieszeni więziennej koszuli fotografię.
Fotografię pięknej, młodej, naturalnej dziewczyny, która przyciągnęłaby chyba uwagę każdego, w promieniu stu mil.
-Nie tylko ona ma takie włosy- Morgi pierwszy raz dojrzał w twarzy Weiss nutkę wstydu- ja też byłam kiedyś blondynką. Choć teraz wyglądam jak siwa. Weź to sobie, mi po nic.
Drzwi huknęły.
Nie usłyszał już jej ostatnich słów...

Godzinę później rozkoszował się czystością powietrza, podpisując przy okazji autograf kelnerce klejącej się do niego  w jego ulubionej, wiedeńskiej restauracji.
-Jasne, zrobię sobie z tobą zdjęcie. Natomiast przepraszam ale... Ale nie będę jadł.

Już wiedział, jak bardzo był w błędzie.
Ten dzień nie naprawił świata.
Najwyżej pchnął w dobrą stronę los jednego z siedmiu milionów istnień, stąpających po nim.
Z tym, że to istnienie nie nazywało się Thomas Morgenstern...
   ____________________________________

No;D
Odezwałam się wreszcie, jak widać.
Ten rozdział był taki, no nie wiem? Okrutny, bezuczuciowy, że miałam z nim problem.
Ale powiem, że u mnie już lepiej, znacznie lepiej, więc to opowiadanie nie będzie aż tak nieczułe, jak początkowo się zapowiadało (z tym, że zdania w sprawie jakiejś miłości nie zmieniam).
Teraz zacznie się już część obyczajowa, nareszcie;)
Chcę, tak czy siak skończyć do wakacji, aby móc się już tam skupić na moich ukochanych historiach^^

Tradycyjnie błagam o wybaczenie zaległości. Ogarniam naukę przez ten wolny tydzień, bo zależy mi, aby to wszystko załatwić jeszcze w maju. Ale do weekendu komentarze pojawią się na 100%.
Buziaki;*
I trzymam kciuki za wszystkie, zaglądające tutaj maturzystki.

sobota, 5 kwietnia 2014

5. Krok po kroku

Zagmatwanie...
Cóż za interesujące słowo, co nie?
Szczególnie dla człowieka, który jest stanowczo prosty w budowie, nie potrzebuje jakiś finezyjnych widowisk.
Chce zwyczajnego, codziennego szczęścia. Spokoju, załatwiania wszystkiego w swoim czasie, harmonii nawet w największym szaleństwie.
No risk, no fun?
Chyba zaczął z tego wyrastać.
Zresztą w miłości nie interesowało go nigdy...
Nawaliłaś Cat.
Razem nawaliliśmy...
                      ~~~***~~~
-Dziękuję, jest już w miarę, w porządku- odparł trzydziestoletniej lekarce chcącej po jego nagłym wejściem do pokoju wzywać specjalistów- głowa nie boli.
Przyszedłem w zupełnie innej sprawie...
Szczerze bał się, że nikt w szpitalu nie będzie chętny do udzielania mu pokrętnych informacji.
Był cholernie zdesperowany.
Gotowy na włamanie się do dokumentów. A w najgorszym razie nawet na umówienie się z jakąś panną z recepcji, mającą do nich dostęp.
Z tym, iż z oczywistych względów to nie wchodziło w rachubę. Już kilka razy w życiu, w erze pomiędzy rozpaczą a Mają, wplątał się w nierozważne związki, które zatruły mu parę dobrych miesięcy życia.
Kino, spacerek, impreza, kolacja z winem, a potem kurde nic się nie pamiętało.
Gdy nastawał ranek, dziewczyny mrugając oczami, zaczynały opowiadać mu zazwyczaj tragiczną historię swojego życia, a on nie potrafił się zachować jak większość jego kumpli i pokazać im drzwi.
Kończyło się, że zostawały na dłużej.
Aż w końcu coś na serio nie wypalało, albo ich cholerne, drobne kłamstwa wychodziły na jaw.
Do jednej sieroty, przyjechała mamuśka.
Inna, biedna dziewczyna, która nie miała w mieście nikogo wyprowadziła się sama.
To znaczy nie zupełnie sama.
Z  kartą kredytową, z której przed zablokowaniem ściągnęła całkiem niezłą sumkę.
Cóż, trzeba było więcej dowodów aby stwierdzić, że był frajerem.
A co najlepsze w innych dziedzinach życia nim nie był...

-Chodzi mi o archiwum- zaczął.
-Aha, wyniki testów antydopingowych?- spytała kobieta powoli.
-Nie... Właściwie nie jestem dziś tu jako skoczek narciarski, sportowiec, czy cokolwiek innego. Ten problem jest zupełnie prywatny. I zależy mi aby nie wyciekł... Chodzi o Catherine- wyjąkał...
Za rzadko wypowiadał jej imię.
Zdecydowanie za rzadko.
Aż nie mogło mu przejść przez gardło bez wywoływania drżenia strun głosowych.
Bez dziwnego mrozu, zamrażającego mu w ustach każde inne wyrażenie.
Jakby to "ono", to jedyne oburzało się, iż odebrał mu jego prawa.
Jego pierwszeństwo...

Lekarka o dziwo chyba zrozumiała do czego dążył.
Wskazała mu krzesło i zamykając drzwi podała kubek gorącej herbaty.
-Mam teraz godzinę wolnego, więc mogę panu pomóc...
Dobra Morgi, może będzie łatwiej niż myślałeś?
Skoro zaczęła zwracać się do niego w sposób oficjalny, to z pewnością był to dobry znak.
Znak powagi.
-Moja narzeczona zmarła w tym szpitalu, po wypadku, osiem lat temu. I dopiero dwa dni temu dowiedziałem się, że... Oddała komuś swoje serce.
-Cathy była pańską narzeczoną?
-Nie, nie była- westchnął.
Chciał zabrzmieć bardziej wiarygodnie, ale chyba już nawet do tego się nie nadawał...- spotykaliśmy się przez dwa lata, jak to nastolatki, na normalnej zasadzie.
-Wie pan... - sciszyła głos- nie powinnam udzielać takich informacji, ale te dziewczyny były dość wyjątkowe, choć wykonuje się u nas tysiące podobnych zabiegów. I zapadły mi w pamięć na dobre...
-Dziewczyny?
-Catherine i ta druga, która dostała to serce, bo przypuszczam, że tu o nią chodzi?
-Taaak- wysyczał przez zęby.
-Jest pan pewnien, że chce pan to wiedzieć. Muszę ostrzec, iż może to wywołać setki, zupełnie niechcianych pytań...
-A pani myśli, że ja nie mam pytań?- zdenerwował się - że żyję sobie z Majeczką, jak na pieprzonych zdjęciach z Hawajów?- przeczesał palcami włosy, prawie zapominając, iż niedawno obciął swoją ulubioną grzywkę- przepraszam- dodał po chwili.
Bo co obchodzi obcą osobę, że on sobie życia ułożyć po męsku nie potrafi?
-Proszę mnie posłuchać w takim razie. Osiem lat temu, byłam młodą stażystką, która odbywała tu pierwsze praktyki. Praktycznie bardziej przyglądałam się pacjentom niż z nimi pracowałam. Ta panienka była po wypadku samochodowym, leżała u nas już z miesiąc. Trudno powiedzieć, żeby zachowywała się jak normalna osoba, nawet będąca w szoku. Wyła po nocach, przeszkadzała spać innym przebywającym na sali, odmawiała jakichkolwiek kontaktów z psychologiem.
-Ale co jej było?
-Znajdowała się już po paru mniejszych przeszczepach, we większości skóry, które wymusiła ta kolizja na drodze. Jednak na serce czekała prawie od roku, jakieś późno wykryte konsekwencje niedotlenienia mózgu... Z tym, że trafienie do nas przesunęło ją na pierwsze miejsce na liście. Czekaliśmy tylko na odpowiedniego dawce...
-I?
-Pewnego dnia szłam na obchód pacjentów, gdy ta dziewczyna mnie zawołała. I zaczęła tak po prostu gadać jakby mnie znała całe lata. O swojej starszej siostrze, na której się wzorowała, o rodzicach, którzy ją porzucili, a także... O Catherine i panu...
-Słucham?
-Podobno Cat ciągle marudziła, że wasz związek się sypie, że pan się z nią nie ożeni, że nic jej nie wychodzi. Ale może nie należy tego słuchać, ta mała miała ogromne kłopoty ze sobą.
-Przepraszam? One się znały?
-Ona przyjaźniła się z tą jej siostrą, razem ją odwiedzały. Podobno były bardzo blisko, czasem nawet miałam wrażenie, że wszystkie trzy są spokrewnione.
-Ale Cathy nie miała przyjaciółek! Jak się nazywała ta wariatka?
-Allie. Alice Weiss. A jej siostra Caroline.
-W życiu nie słyszałem o takich osobach.
-Niemniej nasza pacjentka czuła się przy nich osamotniona. Cały czas się śmiały, rzadko się widzi tak pełne życia istoty w ich wieku. Zwykle nachodzą nas tylko marudzące maturzystki potrzebujące zwolnień z WF-u...
Cathy wesoła? W ostatnim okresie swojego życia? Przecież ta baba robiła z niego jakiegoś debila. Czyżby jego ukochana, na prawdę grała tylko przed nim? I zabiła się żeby zrobić mu na złość?
Dlaczego...
-Nie dało się uwierzyć, kiedy nam ją tu przywieźli. Z tego samego klubu, pod którym, ta druga zniszczyła audi. W sumie, wszyscy od początku domyślili się, że nic z niej nie będzie.
Thomas westchnął. Ten lekarski, dość nieczuły ton oznajmiający ludziom najgorsze nowiny.
W sumie nie dziwny.
Nawet do najgorszych prawd można się przyzwyczaić. A śmierć jest właśnie jedną z tych prawdą.
Chyba największą i najciemniejszą.
Zostawia setki pytań i odpowiedzi.
Marzeń, aby zobaczyć osobę, która kiedyś tworzyła z nami codzienność.
I strachu, że nie odzyskamy jej już nigdy.
Albo, że to już nie będzie ona.
A my nie będziemy nami.
Nikt nie wie, co go czeka za zamkniętymi drzwiami...
Aż przez nie nie przejdzie.
Nie pozna całego wymiaru krótkiego życia.
Czasu, którego jest za mało, nawet po stu dwudziestu latach.
Jednym słowem, nieznane przyciąga...
Cathy... Jak widać w twoim przypadku ciekawość była za duża...

-Nasz zespół dokonał udanego przeszczepu. Może nie było to zbyt humanitarne patrząc na dziwne powiązanie dawcy z biorcą... Ale cóż, takie przepisy, działaliśmy według ściśle ułożonej listy . W każdym razie Allie to jeszcze bardziej podłamało. Darła się na personel, że nie mieli prawa dać jej serca Cathy, że to brunetka miała mieć przed sobą długie, piękne życie, a nie ona.
Zadawała nieustanne pytania, w stylu czy to jej wina.
Własna siostra zaczęła mieć jej dosyć, odwiedzać ją coraz rzadziej.
A jednocześnie jako jej prawna opiekunka, nie chciała wyrazić zgody na konsultację psychiatryczną. Cóż...
Sprawy prywatne, nie należy w nie wnikać. Zresztą, gdy wypisywaliśmy ją z oddziału, pewni, że serce będzie działać przyjechała policja.
-Co?
-Zabrali ją prosto do aresztu, podobno poważny wyrok dostała... Ale to już nie ma nic wspólnego z Catherine...
-Alice Weiss? I Caroline?
-Tak.
Tyle wystarczyło.
Chłopak nie zadawał już więcej pytań. Wybiegł bez słowa z pomieszczenia.
Zapomniawszy o własnej kurtce.
I nie rzuciwszy w powietrze marnego "dziękuję".
Pełen popędliwości, z którą ciągle od nowa obiecywał sobie walczyć.

Właściwie ocknął się dwie godziny później.
Siedział na ławce odrzucając połączenie od narzeczonej, przypominającej mu o wieczornym bankiecie.
Właściwie zdawał sobie pomału sprawę, jak bardzo potrzebował teraz kobiety, która da mu ciepło.
Wsparcie i duszę.
Przed, którą nie będzie musiał ukrywać, czym zamierza się zająć.
Nad jego życiem pojawiła się kreska.
Kamienna i metalowa jednocześnie.
Było przedzielone jak Niemcy w czasie zimnej wojny.
Bolesną granicą, której przekroczenie groziło najgorszym konsekwencjami.
Do której przekroczenia, trzeba było mieć specjalną wizę.
I Majka, skoki i sława zostały po drugiej stronie.
Tej pewnej, statycznej i wygodnej.
Ale nieważnej.
Bo liczyła się druga.
Której istotą było odszukanie dwóch tajemniczych kobiet.
I pieprzone zjawisko prawdy.
Którego potęga stanowiła siłę spokoju...
     ________________________________

No, nienawidzę takich rozdziałów, w których nie mogę wstawiać metafor:/
Taka już jestem:p
Ale jakoś w tym tygodniu wyjątkowo prawie nie mam już zaległości u Was;)
A zaraz nie będę ich mieć w ogóle.
W drodze wyjątku, dzięki lekkiej chorobie z początku tygodnia.
Teraz chwila masakry, ale od świat praktycznie miesiąc luzu, byle wszystko pozaliczać względnie dobrze do tego czasu.
Buziaki Skarby<3

sobota, 15 marca 2014

4. Sensy moralności.

-Sto pięćdziesiąt osób wystarczy?- wymruczała mu do ucha.
(Tak... Wymruczała, cały zespół usłyszał każde słówko.)
Nie odpowiedział.
Znowu kurde myślał o Cathy...
Nie w sensie, o który śmiało możnaby go brutalnie oskarżyć.
Miłość w tymże absurdalnym znaczeniu, wyrażającym się poprzez latanie w chmurach, przeminęła.
Zostało coś zupełnie innego...
Czuł się jak staruszek, który od najcudowniejszych lat był z jedną kobietą, przeżył z nią całe życie.
(Paradoks, bo przecież był wtedy tylko dwudziestoletnim szczeniakiem.)
Ale to była elementarna prawda o ludzkości.
Namiętność się kończy, stajemy się sobie znani do każdej kropeczki na naszym ciele.
Dotykamy się na ślepo, na pamięć.
Wiemy doskonale, który punkt zaboli, a który wzbudzi rozkosz obiektu naszych uczuć.
Niestety, pozostaje piętno destrukcji. Z którego zaczynamy sobie zdawać sprawę.
Wszystko przemija.
Ale jest jeszcze miłość przyjaźni.
Troska o drugą osobę, trzymanie jej ręki gdy jest chora, kochanie jej nawet wtedy gdy pojawią się zmarszczki.
Gdy piękna, młoda skóra przestaje być gładka.
Gdy mocna wyprostowana sylwetka kurczy się, a silne plecy zaczynają opierać na lasce.
Chyba żadna para, przyciągająca sobie, iż nie opuści się aż do śmierci, nie rozważa tych aspektów.
"Bądźmy piękni i młodzi...
Jedzmy na miesiąc miodowy i nigdy nie dorastajmy...".?
Nie, nie... To bzdury.
Bzdury i ułuda.
I jeżeli w ten, opiekuńczy sposób zdefiniowano by miłość to owszem...
Ciągle kochał swoją pierwszą, poważną dziewczynę...
-I salę w zamku... Słyszysz w ogóle co ja do Ciebie mówię- blondynka niemal wsadziła mu do oka, długaśny, czerwony paznokieć- kotku... Czy Ciebie w ogóle interesują  nasze plany?
Nasze?
-Taaak...- westchnął- może pogadamy na osobności- dodał, widząc, że gdy Maja otworzyła usta, wszyscy skoczkowie, (nawet słuchający ostatnio tylko muzyki klasycznej Loilzl), założyli słuchawki, racząc się kawałkami ciężkiego metalu.
-Kochanie, o czym ty mówisz?- spytał, gdy zaczęli już przechadzać się w okół terenu Bergisel.
-No, o moich urodzinach- wypiszczała.
-Yyy...Przyjęcie w sali zamkowej, na urodziny... Ale po co Ci sto pięćdziesiąt osób?
-No... Sto pięćdziesiąt bez dziennikarzy- zaśmiała się.
-Słuchaj skarbie, a może trochę mniej szumu, pojedziemy gdzieś tak po ludzku, we dwoje, ja i ty, co?- spróbował desperacko- możesz wziąć parę przyjaciółek- dodał zrezygnowany, widząc co dzieje się z twarzą dziewczyny.
To właśnie była Maja.
Nigdy na niego nie wrzeszczała, nie unosiła się. Uważała, że częstotliwość kłócenia się z nim, zamęczyłaby jej wypielęgnowaną twarz.
Zawsze po prostu tupała przysłowiowo nogą i używała szeptu, tak scenicznego, iż w przeciągu dwóch kilometrów nie dało się go zagłuszyć.
Albo zamykała się w sobie, idąc do łazienki, a potem spędzając noc w pokoju gościnnym na pogaduszkach z koleżankami z branży.
A on ulegał.
Bo zawsze wyobrażał sobie, że przez jego opór stanie się coś złego.
Czegoś nie zauważy.
Znowu kogoś straci.
-Człowieku- parsknęła- jesteśmy młodzi, piękni i bogaci, a ty chcesz uciekać przed kamerami i chować na jakiejś bezludnej wyspie? Na Karaiby możemy jechać w Boże Narodzenie.
-Wtedy...Przecież to święta. Najpiękniejszy dzień w roku...
-Kurde, chyba nie myślisz, że zniosę drugą z rzędu wigilię z twoimi rodzicami, rodzeństwem i całą resztą tej szopki. Tłuczące, obsmarowane masłem ciastka z glutaminianem sodu, plamiący obrus barszczyk, a na deser piosenki ludowe, od których głowa boli. I jeszcze twój, cholerny siostrzeniec kruszący na moją suknię. Kto pilnuje takie bachory?
A poza tym, wiesz...- zamrugała wyzywająco oczami.
-Nie, nie wiem- odparł z miną zadręczonego ciężkim dniem szkolnym dziecka.
-Nigdy o mnie nie myślisz- stuknęła obcasem o wybrukowaną dróżkę między boksami zawodników- Jezu, jaki tu syf, sprząta ktoś tą ruderę?
Chłopak znów spojrzał w niebo.
Czemu ona ciągle jedzie po jego bliskich i po Bergisel?
Bergisel, która była najkochańszą z jego sióstr.
Na której odnosił pierwsze sukcesy.
Na której wypił pierwszy kieliszek szampana.
Na której oszołomiony, stał się zupełnie niechcący obiektem uwielbienia nastolatek.
I właśnie w Insbrücku zobaczył Catherine po jednym z treningów.
Tu całował ją po raz pierwszy, tu spytał ją czy z nim zamieszka.
Wszystko zupełnie prosto, nieromantycznie i bez szczególnych okoliczności. Nie uratował jej przed wypadkiem czy brutalnymi bamdytami, nie podarował swojej kurtki na padającym ulewnie deszczu.
Po prostu podszedł do niej gdy dopingowała brata, poszli na kawę, chwilę się kumplowali, a potem zaiskrzyło.
Banalnie, banalnie i życiowo.
Żadne Paryże i Wenecje...
-Masz mi się oświadczyć!- ta deklaracja ponownie zamknęła przed nim brutalnie drzwi do krainy snów- po to marzy mi się ten zamek.
Przykucnął na ziemi, kompletnie nie wiedząc co ma sądzić o zdaniu, które właśnie usłyszał.
-Maja... Przecież my jesteśmy zaręczeni od trzech miesięcy- wydukał.
-Ok, ok, ale jeszcze nikt o tym nie wie. Chcę gratulacji, toastów, pytań dziewczyn w studiu, artykułów w prasie. Znowu nie kojarzysz...
-Przepraszam- spuścił oczy- zamyśliłem się.
-Znowu o tej lali, która nie miała siły, żeby żyć... Kurde, dumaj o niej do ukichanej śmierci, ja Ci nie zabraniam. Ale koduj przynajmniej to co do Ciebie mówię, zgoda?
Jego gest był na "tak".
Zbyt szanował kobiety, żeby wyrzucić z siebie to co cisnęło mu się na usta.
Wrócił do boksu.
Chłopcy siedzieli w milczeniu, każdy ze swoją parą słuchawek na uszach i patrzyli na niego z tradycyjną już dezaprobatą.
-Boże, już?- jęknął Manu- zapłacę cały swój majątek zespołowi, który napisze muzykę skutecznie zagłuszającą ten skowyt.
-Co ty w niej widzisz?- zadał z zabójczą precyzją pytanie Michi.
Zacisnął usta.
-Wiecie... Albo ja nie wiem- uzupełnił.
Bo co? Mógł znowu zacząć nawijać, że tak bardzo mu pomogła. Że zamiast marudzić i zdziwaczeć ciągle był aktywny, skakał i odnosił sukcesy. Że czasem gdy miała dobry humor, mógł się jej zwierzyć, licząc na wysłuchanie. Że gadała na temat swojego nowego makijażu, czy koloru koronki w sukience, zabierając mu sprzed oczu jego prywatny świat, strach i obawy.
To wszystko była prawda, szczera i czysta.
Ale była też druga strona medalu.
-Kurcze, wiem, że wszyscy jej nie znoszą...
-Nie wszyscy. Ci, którym na tobie zależy. Którzy chcą twojego szczęścia.
-W pewnym sensie ją kocham- wyjął z lodówki Red Bulla i łapczywie wlał sobie zawartość puszki do ust- ją też. To się nie wyklucza, serio.
-Są też plusy- uzupełnił pocieszająco Kofler- dostałem psa, nie musząc specjalnie jechać po niego do schroniska i nie wypełniając żadnych druczków.
-Mogę go odwiedzić...
-Nie no, wpadaj. Tylko wiesz jaka była umowa, wezmę go z dobroci serca, ale już nie oddam. Załatwiaj sobie nowego...
-Jasne...- umilkł na chwilę, to nie Kofi i zwierzęta były tym o czym chciał teraz mówić- czemu Cathy oddała serce jakiejś lasce? Czemu to stało się bez mojej wiedzy, nic na ten temat nigdy nie mówiła. Skąd taka zachcianka...
-Wymyśliła to przecież jako siedmiolatka. Rodzice chodzili do pracy, siedzieliśmy całe dnie sami. Kiedyś przewijała kanały telewizyjne i natrafiła na jakiś paskudny horror. Nie mogła potem spać i cholernie bała się śmierci.
-Ona często leżała bezsennie. Nawet gdy wszystko układało się nam świetnie i w dzień miała genialny humor. Mówiła, że to problemy hormonalne...
-Problemy? Dokładnie nie wiem, ale środki uspokajające łykała od maleńkości. Potem odłożyła, jak się poznaliście. Mówiła, że żadnego lęku już nie ma...Że nic jej nie dusi w środku.
-Każdego czasem dusi- wtrącił się pocieszająco Haybock.
-Wiem. Ale, miałeś skończyć o jej sercu.
-Nie wiem jak przeczytała o tych, całych przeszczepach. Ale kiedyś, kilka lat później, jak kopałem piłkę z kolegami przed domem, to przyszła z takim rozanielonym wyrazem twarzy. Opowiedziała mi, dziecinnym językiem, że jak ktoś nie żyje to może dać swoje serduszko, komuś kto nie ma własnego i ono dalej bije, a przecież jest najważniejszym elementem człowieka. Pamiętam to podniecenie w jej głosie, piszczała, że serce to dusza, że ona pożyje sto lat, a potem da swoje jakiemuś choremu dziecku i w sumie będzie pod dwieście. A ponadto podobno ludzie po przeszczepach, przyjmują jakieś cechy charakteru od dawcy. Moja mała, słodka, naiwna siostrzyczka... Chciała żeby świat ją doceniał, a ciągle wydawała się sobie taka beznadziejnie niedoskonała.
-Czemu ja tego nie wiem...- ukrył głowę w ramionach, poczym nagle uniósł ją z przerażającą gwałtownością- zaraz... To z tymi cechami to prawda.
-Lekarzem to ja nigdy nie będę, ale... Coś w tym chyba i jest, jakieś połączenie w głębi mózgu. Kto z nas nie chciałby poznać osoby, która tak czy siak uratowała nam życie. Dowiedzieć się jaka była, co kochała, na czym jej zależało...
-Chwilkę... Ta dziewczyna żyje, gdzieś jest... A gdybym ją znalazł?
-Morgi, ale po co?
-Żeby z nią porozmawiać! Zobaczyć gdzie jest, czym się zajmuje. Może patrzeć uważniej. Jest szansa, że wreszcie coś pojmę.
Chcąc się przewietrzyć wybiegł z boksu, porywając ze sobą kolejny napój izotoniczny i łapczywie wlewaląc go sobie do ust.
Delikatny powiew wiatru, spowodowany przez zamykające się drzwi, zmieszał się z intensywnym, męskim zapachem powoli słabnąc.
Zanim znikł zupełnie mógł się rozkoszować błogą ciszą, przepełniającą szatnie.
Chłopcy z AustriaTeam, nie byli może jak Niemcy czy Polacy przyjaciółmi na dobre i na złe.
Nie chodzili wszyscy razem na imprezy czy mecze piłkarskie.
Nie zwierzali się sobie z najintymniejszych sekretów. Poza skocznią, każdy miał własne, niemal zupełnie różne środowisko.
Czasem tylko po zgrupowaniu jechali się wspólnie powygłupiać, lub zjeść pizzę
Jednak nie byli też wyrafinowani i okrutni.
Umieli współczuć.
No, a przede wszystkim, cóż... Mieli oczy i potrafili użyć ich do patrzenia.
Teraz wszyscy desperacko rozważali co takiego wymyśliła gwiazda ich zespołu.
-Czyli ślubu nie będzie- ucieszył się odkrywczo Kofi- ale pies jest mój.
-Jedno nie ma nic do drugiego, tu będzie robił swoje, a tam będzie niteczką w około czerwonego paznokcia pani modelki.
-Kurcze, są miłe modelki na tym świecie. A on się zabrał za kawał farbki.
-Może właśnie dlatego? Ona go nie porani. Jest pusta w środku, nie ma serca.
-Podsumowując- zamyślił się Michi- niech znajdzie tą panienkę. Boże Kofler nie śmiej się, ja tu niczego nie węszę. Nieistotne, jaka ona jest. Istotne, że szukając jej będzie musiał się zastanowić nad wydarzeniami, które w sumie przeżywał kompletnie nieświadomie. I zobaczy jak jego Majeczka wyczytała wszystko w jakimś brukowcu, po czym perfidnie rzuciła mu się na szyję z prędkością światła.
-Ja nawet nie ujrzałem momentu, w którym się zmaterializowała- dodał Loilz.
-Wykluła się może z jaja- Andreas zapragnął podać światu kolejną teorię.
-Niezależnie od wszystkiego, chyba zarówno patrząc na bezinteresowną chęć wsparcia, jak i na nasze egoistyczne cele, tej baby trzeba się pozbyć.
-Właśnie- potwierdził Diethart- jeżeli jeszcze raz przylezie nam na skocznie to skończę karierę, są jakieś granice.
-Ostatnio weszła do boksu, jak ściągałem akurat koszulkę- poskarżył się zawstydzony Kraft.
-Napewno miała cudowny widok, który bardzo ją zaskoczył. Ale problem nie leży w twojej fizjonomii... Niektórzy mają szczęście do cudownych istotek, niczym z jakiejś krainy elfów. Inni do zwyczajnych, szarych kobietek. Natomiast Thomas... Przepraszam stary, ale jakoś go ciągnie i pcha do wariatek jednocześnie.
-Czyli sugerujesz, że z tą laską od serca Catherine może być coś nie tak.
-A kto ją może wiedzieć. Może Maja to przy niej pudelek kanapowy?


Nie rozsypuj domków z kart...
Są takie nietrwałe.
Samozapalne.
Przesączone na wylot materiałem wybuchowym...
               _______________________________________________________________
Wiecie? To nie jest opowiadanie o miłości.
Żadna nie wybuchnie i wybuchnąć nie planuje.
Buziaki:*

niedziela, 2 marca 2014

3. Ci, których kochamy.

Skoki były idealną formą lustra.
Wielkiego lustra, które ukazywały wszystkie jego błędy i potknięcia.
Każdy upadek był tylko klockiem ciągniętym przez swojego poprzednika i wlekącym za sobą następcę. Jeszcze bardziej od siebie pechowego.
Obciążającego zdrowotnie i psychicznie. Podziwiał sam siebie, za umiejętność zaciskania zębów.
Liczyło się aby wytrzymać, dotrwać do następnego sukcesu. 
Następnego wzniesienia rąk w tryumfalnym okrzyku radości...

W życiu piękne są tylko chwile.
A szczęście jest kruche i nietrwałe. Człowiek leci do niego jak niemowlę do butelki z mlekiem, a potem siedzi na podłodze i kaleczy się skorupami.
I wmawia sobie, że pomoże założenie plastra...
Dla głupich homo sapiens pomoc oznacza uśmierzenie bólu.
Ale czy to oznacza, że on przeminie? 
Przecież pod osłoną znieczulenia ciągle rozwija się nieuleczalna choroba...
A znieczulenie ustąpi.
Będzie z nas drwiło po kolejnych wynikach badań.
Gdy wyleczenie okaże się jeszcze trudniejsze...
Albo wręcz niemożliwe.
    
                                                                                                                          osiem lat wcześniej:
-Czyli co, to koniec?
Cały ostatni tydzień sezonu, zamiast trenować ćwiczył te słowa. Miały być wypowiedziane w sposób pewny, pogodny i beznamiętny. Miały być idealnym znakiem tego,iż zwraca jej wolność ratując z depresji, lub jakiegoś innego przeklętego schorzenia psychicznego. 
Miały być dowodem zgodności z własnym sumieniem, przekonaniem, że on nie czuje się obrażony czy zraniony. 
Że zawsze wyjdzie jej z pomocą, gdy tylko ona tego zapragnie.
Że nie będzie zachowywał się jak siedemnastoletni szczeniak, który po rozstaniu jedzie po swojej byłej jak po szmacie i obraża ją na forum publicznym.
Pierwszą i najważniejszą cechą jego charakteru była uczciwość.
I nienawidził siebie, za każdą chwilę, w której o niej zapomniał.
-Jeżeli chcesz to... Zwróćmy sobie wolność- kontynuował durną, sztuczną, wymuszoną przemowę.
I przerwał...
Bo nie wytrzymał. Znowu wszystko spieprzył. Nie umiał udawać, że go nie boli. Łzy pociekły po policzkach.
Chciał, aby dla niej ta chwila też była podniosła.
Chciał złączenia swojej i jej rozpaczy. Ale Cathy nie płakała. Siedziała na łóżku sztywno, bawiąc się sznurówkami swoich, dziwacznych, różowych adidasów, w których zobaczył ją po raz pierwszy.
I nagle wybuchła śmiechem. Ironicznym, chorym, zaraźliwym śmiechem psychopatki.
Po czym zaczęła klaskać w dłonie.
-Morgi- wymruczała- spadaj debilu. Nie masz się czego bać, w ciąży nie jestem.
Nie wiedział czemu go to tak zabolało.
Nie wiedział czemu pierwszy raz w życiu, gdy był z nią, trzasnął drzwiami.
I wyszedł, co oczywiste.
A potem cały dzień czuł się idiotycznie.
Bo to nie on miał problemy w tym związku.
Nie on wpadł nagle w niezrozumiały dołek.
Nie on stwierdził, że przegrał życie.
Ale on po raz kolejny wykazał się kompletnym brakiem wrażliwości.
Bo jasne, obrażała go ostatnio na każdym kroku, traktowała go jak psa. Ale przecież była jego pierwszą, młodzieńczą miłością, pierwszym dorosłym szczęściem... 

Przesiedział popołudnie zadumany patrząc w wykresy wskaźników wiatru usytuowane pod Bergisel.
Prąd wiał, zgodnie, w jedności, ku skoczkowej uciesze pod narty.
Aż tu nagle się zmienił, rozdzielił na dwa, wytworzył cholerne odgałęzienia boczne.
Już nie potrafił się zrosnąć, sprawiając psikusa siedzącemu na belce Kraftowi, który z trudem musiał ratować się przed upadkiem.
Tak jak oni...
Kiedyś idealni szaleńcy.
Pokrewieństwo dusz.
Jedno przegrzane uczuciem ciało.
A teraz rozgoryczeni, przedwcześni. ostygli emeryci, czekający biernie na rozstanie.
Nie chciał zwalać winy wyłącznie na nią, a jednocześnie, mimo, że bardzo chciał, nie umiał znaleźć swojej własnej.
Wiedział , że tu nie chodziło o innego faceta. 
Nie chodziło o banał...
Wtedy walnęłaby mu tym prosto z mostu.

Wiatr po minucie znów zrobił się pomyślny.
Pozornie taki sam.
Ale znacznie słabszy.
Gdyby przenieść go kilka lat później, gdy istniały już przeliczniki punktów, odjęto by ich znacznie mniej. Bo składał się już z innej cząsteczki.
Mniej związanej, nie mającej nic wspólnego z nieśmiertelnym huraganem. Ta pierwsza, najprawdziwsza odleciała na bok.
Bezradnie rozpłynęła się nad insbruckim cmentarzykiem.

Nigdy nie wejdziesz do tej samej rzeki...
Może lepiej by było, gdyby wierzył w starożytną sentencję?
Gdyby był człowiekiem przesądnym?
Wtedy jednym desperackim ruchem, mógłby jeszcze zapobiec tragedii...
Przeciąć tkaną przez los nić przeznaczenia.

Wracał do mieszkania pod wieczór. Jego dłoń zaciskała się nerwowo na sportowej torbie. Kolejne literki loga sponsora zlewały się jakby w klawisze pianina. Zdenerwowane palce wystukiwały na nich chaotyczną melodię.
Trzepoczącą jak niewidzialne skrzydła duchów.
Nieobliczalną i podniosłą.
Marsz...
Ale nie weselny, wygrywany przez skromne paznokietki jego małej wariatki, gdy siedziała na bocznym siedzeniu samochodu, opowiadając mu jak nazwie swoje dzieci.
Co ciekawe nigdy nie nazwała tego przyszłego cudu natury "ICH DZIEĆMI".
Może fakt ów był dla niej zbyt oczywisty?
A może wcale nie była pewna? Takczy siak to już się nie liczyło.
Nowy marsz był POGRZEBOWY...
Przekręcał klucz w zamku święcie przekonany, że stanie się coś złego. Że widok, który zastanie w środku będzie straszny.
Zaczynał się wewnętrznie przygotować do wstrząsu.
Do samotności i opuszczenia. Panował półmrok.
Resztki ozdobnej zastawy skromnie leżały na swoim miejscu.
Łazienka była przepełniona intensywnymi zapachami różnorodnych kosmetyków, na stole w kuchni spokojny starczy żywot wiodły zeschłe róże.
Blondyn delikatnie nacisnął klamkę od sypialni. Tylko tam dały się zauważyć promienie zachodzącego słońca. Cathy stała rozmarzona przy oknie.
Oparta o parapet.
Z zamkniętymi oczami.
Piękna, taka piękna...
I nienaturalnie jak na nią umalowana. Zwykle nawet na uroczystą, sportową galę nie dało się jej namówić do czegoś więcej niż delikatne pociągnięcie oczu tuszem.
Wyglądała jak istota z zaświatów...
Nic dziwnego, że chłopak podchodził do niej z czystym lękiem. Na jego widok, uśmiechnęła się jednak, tak promiennie i czysto.
Jak dawniej.
Po czym zarzuciła mu ręce na szyję.
Chciał coś powiedzieć, ale serii namiętnych pocałunków nie dało się już pod żadnym pozorem zatrzymać. Dopiero kilka minut później, gdy dziewczyna odsunęła się od niego aby zaczerpnąć trochę oddechu mógł wyszeptać.
-Porozmawiajmy. Wszystko da się uratować, mnie, ciebie, nas... A maturę w końcu zdasz, serio.
-To nie takie proste- chichotała- wcale nie proste.
-Ty zawsze musisz się śmiać?
-Przecież wiesz, że nie umiem płakać. Chyba, że ze szczęścia...
-Cathy... Będziesz mnie kochać zawsze?- zacisnął zaborczo palce na jej dłoni. Był już stuprocentowo pewien, że nie potrafi odejść.
-Oj głuptasie, głuptasie... Nie istnieje słowo zawsze - wsunęła mu ręce pod koszulkę, przesuwając je w kierunku jego paska od spodni- chcę Cię kochać tu i teraz...
Wiele lat później gdy codzienne tchnienie pierwszej miłości zastąpiły mu sporadyczne uściski Mai, pluł sobie w brodę, że nie zmusił jej wtedy do jakiś wyznań.
Że poddał się jej tak całkowicie biernie, oddając losowi pole do działania.

Tyle, że tylko w miłości potrafili się już odnaleźć. Rozumieć każdy swój gest, każdą potrzebę.
Tylko w miłości udawało się przegonić duszącą przyszłość.
Zatrzymać nieubłagalny czas.
Złączyć rozerwany na kawałki prąd wiatru.
Kochać prawdziwie...
Aż znów nie zbudził się kolejny świt.

Następnego dnia, kompletnie niewyspany pojechał na Bergisel, aby zostać mistrzem swojego kraju.
Przyszło mu to, o dziwo bez najmniejszych trudności.
Czyżby wiatr znowu miał się stać jego sprzymierzeńcem?
Zaczął uśmiechnięty wyobrażać sobie co będzie dalej...
Włożył rękę do kieszeni, po czym wystukał na klawiaturze króciutkie:
"Kocham Cię Catherine. Wiesz"
Po paru minutach niecierpliwego oczekiwania, przepleconego odbieraniem gratulacji otrzymał odpowiedź:
"Gratulacje skarbie. Pójdziemy dziś zaimprezować jak za dawnych lat? Będę czekać w klubie, tym co zawsze. Zgarnij mojego braciszka i chłopaków. I przyjeżdzajcie. Miłość nie istnieje, ale pamiętaj, że Cię kocham. Cathy".
Jego okrzyk szczęścia, musiał zadziwić wszystkich dookoła.
Nie zastanowił się, że sms ze szczegółami i to jeszcze podpisany jest cholernie dziwny...
Kompletnie nie pasujący do szalonego tworu, z którym się związał.

Wieczorem strasznie padało.
Jakby całemu niebu zachciało się wyć.
Jakby wiosna chciała zadusić szczątki zimy nie klasycznie.
Nie zgodnie z kalendarzem, nie czasowo...
Tylko nieubłaganie i wiecznie.

Przed drzwiami klubu gdy tylko pojechali czekała na nich policja.
I lekarz pogotowia ratunkowego.
Jakoś odruchowo wyczuł, że czekają akurat na nich.
-Narzeczony niejakiej Catherine?- spytał pracownik służby medycznej bez owijania w bawełnę.
-Chłopak...
-Bardzo mi przykro. Nie rozumiem, czemu ta dziewczyna odebrała sobie życie. Ale nie mogliśmy nic zrobić. Zmarła w karetce...
                        ~~~***~~~
Pamietał gdy po przyjeździe do szpitala, udarł się, że chce ją zobaczyć.
Musiał poczekać... Zgodnie z jej odwiecznym pragnieniem oddała swoje serce, jakiejś umierającej nastolatce. Zawsze mówiła, że chciała aby pracowało także po jej śmierci. 
Ale dla niego nie stanowiło to wówczas żadnego pocieszenia.
Bo co z tego, że będzie biło, skoro nie będzie tego robić, aby krew napływała do JEJ uśmiechu?
Do jej palców przygotowujących mu niedzielny obiad...
Diagnoza była taka prosta...
SAMOBÓJSTWO.
I napis, jaki zrobiła sobie na nadgarstku.
"wiesz już, że nic nie trwa wiecznie? Nie miałam powodu. Chciałam Ci tylko zrobić na złość.".
Czyżby planowała to już od dawna.
Czyżby był to ostatni akt przedstawienia, jakie odgrywała od dłuższego czasu?
Była wybitną aktorką.
Oscarową, można by rzec...

Nie mógł sobie poradzić z wyrzutami sumienia.
Za mało z nią był.
Za mało się starał.
Za mało zrobił.
Za dużo nie zrobił.
A potem ułożył sobie życie, choć w pierwszym młodzieńczym odruchu, przysięgał, że będzie sam do ostatniego dnia na ziemi.
Zaprzeczył definicji uczucia na wieki...

Bo przecież jej serce było już sercem innej osoby.
Czyli nie było jego.
                        ___________________________________________________________

Głupa idiotka znowu zanudza^^
No widzicie, długo nie wytrzymałam. Całe posypanie, posypaniem, a co jakiś czas coś skrobnąć trzeba. 
Nawet tak masakrycznego.
I cieszyć się końcówką Pucharu<3

Zaległości we większości są nadrobione, a za te które pozostały strasznie przepraszam, załatwię to.
Wiem, głupia, zła ja.
Możecie mnie nie lubić, jak chcecie:D
Buziaki:*